Argentyńska Patagonia-pustka w której główną rolę odgrywa wiatr

W porównaniu z zieloną, pełną ośnieżonych gór, rzek, wodospadów z czystą, zimną wodą wprost z lodowa, Patagonia Argentyńska jest jedną wielką łąką ciągnącą się aż po horyzont. Oprócz tego wiecznie wiejący wiatr, który świszcze w uszach i nie daje odpocząć nawet na chwile, nawet w nocy trzepocząc namiotem na wszystkie strony.  Jak wiadomo wiatr jest niesamowicie ważnym czynnikiem podczas jazdy rowerem, potrafi sprawić, że podróż będzie raz sielanką, a za chwile zamieni się w piekło.

Nasza przygodę z tą krainą rozpoczęliśmy od miejscowości Perito Moreno, gdzie zaczyna się słynna RUTA 40, odpoczywając dwa dni na tutejszym polu namiotowym z gorącym prysznicem za 8zl od namiotu 🙂 Był to głównie czas na lenistwo i klejenie dziur w materacu…45 dziur najprawdopodobniej większość to pamiątka z australijskiego outbacku 🙂

wpid-pb060186.jpgwpid-wp-1416252678530.jpeg

Pogoda dopisywała i wiatr też, pierwsze 40km pędziliśmy z zawrotną prędkością,  uśmiechami na twarzach i wiatrem w plecy, mając cichą nadzieje, że tak będzie zawsze. Ale droga z każdym przebytym kilometrem skręcała coraz bardziej na zachód aż w końcu wiatr złapał nas w swoje objęcia już do końca dnia wiejąc prosto w twarz. I tak raz grzaliśmy bez pedałowania 30-40km/h robiąc dniówkę w 3 godziny bez zmęczenia, a tuż za rogiem droga skręcała dla nas niekorzystnie i z jęzorem na wierzchu osiągaliśmy prędkość 10km/h , albo ledwo co utrzymywaliśmy się na rowerach jadąc z górki 3km/h.

HURAGAN POŚRODKU NICZEGO

Ale pewnego dnia już od rana wiało mocniej…i mocniej….az na trasie w środku niczego dorwała nas burza piaskowa i huragan!! początkowo prowadziliśmy rowery z coraz to większym  trudem, aż nagle  wiatr rozkręcił sie do tego stopnia, że nie było możliwości nawet stać bo jego siła po prostu nas przewracała!! w powietrze wystrzeliła ogromna chmura piasku uderzając nas w twarz i oczy, a dookoła jedna wielka pampa. Na szczęście niedaleko był rów i kępy krzaków za którymi się schowaliśmy czekając dobrych kilka godzin, aż przestanie wiać. Niesamowite przeżycie,  chociaż momentami niebezpieczne, ale oprócz pokaleczonych twarzy i piasku w oczach po czasie wspominamy te chwile z uśmiechem  na twarzy, można było przynajmniej zrobić ,,Małysza” nie upadając na twarz.

Na szczęście z opresji schowanych w rowie wyciągnęło nas dwoje Argentyńczyków jadących do El Calafate  na zawody konne 🙂 wspaniale!! I tak w ciagu 6 godzin przejechaliśmy autem około 360km w większości paskudnej szutrowej drogi.

El Calafate to niewielka, ale bardzo znacząca miejscowość, to właśnie z niej odbywają sie wycieczki I trekingi do słynnego lodowca Perito Moreno. Trochę obawialiśmy sie wylądowania w tak turystycznej miejscowości, ale na szczęście nasi nowi przyjaciele pomogli nam po raz kolejny  i spędziliśmy dwie noce na terenie stadniny koni na tzw. ,,krzywy ryj,,  przy okazji wyczailiśmy sklep gdzie wystawiają warzywa i owoce, które nie nadają sie na sprzedaż, ale do jedzenia sa znakomite np. troszkę miękkie banany i pomarańcze 🙂 chętnie korzystaliśmy z tej promocji i zjedliśmy przez 2 dni kilka kilo bananów, arbuzów, jabłek i innych warzyw 🙂

Sport narodowy Argentyńczyków nazywany JINETIADA przypomina trochę rodeo, tylko zamiast byków ujeżdża się konie. Zabawa polega na tym, ze na rozwścieczonego i  zestresowanego konia siada zawodnik i musi za wszelka cenę utrzymać sie na grzbiecie wierzgającego sie zwierzaka

DSC00867DSC00862DSC00866DSC00873DSC00870

MY KONTRA WIATR…

Po odpoczynku ruszyliśmy w kierunku jednego z największych i piękniejszych lodowców na świecie-  Perito Moreno do którego dzieliło nas tylko 80 km drogi. Niestety, wiatr okazał sie na tyle silny, że po paru kilometrach skapitulowaliśmy… i z bólem w sercu zawróciliśmy…. Chociaż jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że to nie koniec 🙂

Czas było wrócić do głównej drogi Ruta40 I jechać dalej na południe. Tego dnia wiatr byl dla nas wyjątkowo łaskawy I jak strzały popędziliśmy  pobijając rekord rekordów- 163km, a na dobranoc trafiliśmy na mila niespodzanke -budynek firmy AVGW zajmującą sie remontem dróg. Niesamowicie sympatyczny pracownik z uśmiechem od ucha do ucha wycałował nas na dzień dobry i zaoferował do spania domek I ciepły prysznic 🙂 ach już lepiej być nie może 🙂

DSC00846

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ZDRADLIWY SKRÓT!!

Tuz przy budynku drogi się rozdzielają- główna wiedzie dalej prosto, a w prawo odbija droga szutrowa, która jest skrótem.  Pomyśleliśmy- ,,zaoszczędzamy prawie 80km, w razie czego jak będzie ciężko cos złapiemy,,…ale przejechanie tych 70km zajęło nam dwa mordercze dni, średnia prędkość 7km/h…wiatr prosto w twarz, później boczny zwalający z siodełek, kola obsuwały sie na luźnych kamieniach…to była chyba najbardziej mecząca trasa która wykończyła nas niesamowicie…

DSC00887DSC00888

Nie powiem, dla mnie to byl bardzo trudny odcinek…od paru dni towarzyszyło mi małe załamanie I zrezygnowanie. Wiecznie hulający wiatr, brud I  zimno w nocy wypaliły mnie niesamowicie. Na domiar  złego w najgorszym momencie przyszlo nam przedzierać sie przez ta szutrówkę… walczyłam ze słabościami, klnelam pod nosem, denerwowałam sie, az w końcu usiadłam pośrodku niczego, zucilam rower na glebę I łzy z oczu same napłynęły mi do oczu.  Nie mialam siły na nic, najchętniej w tamtym momencie wsiadłabym w samolot i w cholerę wróciła do domu …ale wiedziałam, ze jest to niemożliwe I muszę walczyć z ta słabością…nie może mnie ona pokonać!!

 

gdy wreszcie dotarliśmy do asfaltu, znaleźliśmy sie w jeszcze większej dziurze. Oprócz maluśkiej stacji paliw nie było nic. Zimno przeszywało ciało…ale ku naszemu zaskoczeniu przy jednym machnięciu reki w stronę samochodu, zatrzymało sie auto I podjechaliśmy około 50km do miejscowości Rio Turbio. Potrzebowaliśmy odreagować ostatnie dni, a butelka whisky pomogła nam w tym 🙂 noc spędziliśmy na nieczynnym camping, a w celu ochrony przed wiatrem rozbiliśmy namiot w toalecie szczęśliwi, ze w ciszy zasypiamy 🙂

Oprócz tego ze Patagonia to ciągły zabójczy wiatr, to na domiar złego jest depresyjnie plaska I monotonna. Dookoła pustka, pojedyncze suche drzewa, na poboczach tylko sucha trawa, żadnych kolorów I kwiatów. Chociaż  jest w tym coś także magicznego, człowiek oddaje sie swoim myślom, marzeniom obserwując  stada gunaco spacerujące po polach i pancerniki wędrujące po ulicy.

Info praktyczne:

Wybierając się na podbój RUTY40 należy bezwzględnie zabezpieczyć sie w zapas jedzenia!! Najlepiej zrobić to jeszcze w Chile Chicko, lub już po stronie Argentyny w Perito Moreno, która jest ostania miejscowością na przestrzeni wielu kilometrów. Malutki sklepik znaleźliśmy tylko w  miejscowościach Bajo Caracoles i Tres Lagos.

namiotnaszdom1

CZEŚĆ!
Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży.
W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

6 komentarzy

  1. D&P napisał(a):

    Trochę namieszaliście z nazwami miasteczek 🙂 Według tego co widać na zdjęciach to rodeo było w El Calafate i stamtąd pewnie chcieliście jechać do lodowca Perito Moreno. El Chalten jest w tym samym parku ale około 200km od El Calafate u podnóża Fitz Roya. Wiatr w argentyńskiej Patagoni potrafi nieźle dać do wiwatu 🙂 Sami nie wiemy jak byliśmy wstanie wytrzymać tam ponad 3 miesiące. 🙂 Powodzenia w Tores del Paine którego nie zaliczyliśmy z powodu zimy.

  2. D&P napisał(a):

    A jeśli chodzi o budynek robót drogowych gdzie Was tak miło ugoszczono to my mamy niemiłe skojarzenia. Pan który tam był potraktował nas jak intruzów. Opisaliśmy to tutaj: http://tandempl.wordpress.com/2014/11/10/1055/

  3. Krzysiek napisał(a):

    Wszystko pięknie, fajnie się czyta. Na rowerze trzeba mieć kondycję, nie? 🙂
    Tylko mała nieścisłość z tą ruta 40. Zaczyna się, lub kończy, zależy jak patrzeć, pod Rio Gallegos i ciągnie do La Quiaca. Imponująca – ponad 5000 km 🙂
    A kamping w Perito Moreno był faktycznie fajny, zwłaszcza dostęp do kuchni.
    Pozdrawiam.

    • namiotnaszdom1 napisał(a):

      kondycja przychodzi sama na takiej wyprawie. Najgorszy jest pierwszy miesiąc gdy trzeba się wdrożyć do wszystkiego i pod każdym względem. Nowi ludzie, zwyczaje, klimat, boląca pupa, kryzys… ale warto!!

  4. Krzysiek napisał(a):

    Wiem to z własnego doświadczenia. O tej bolącej pupie również 🙂 Choć nie musieliśmy przynajmniej pedałować 🙂 Ale osiem miesięcy na motocyklach po Ameryce Południowej dało się we znaki 🙂
    Pozdrawiamy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *