Salar de Uyuni….zabójcze piękno…

Salar de Uyuni, miejsce magiczne i nieziemsko piękne, ale dla nas rozegrało się tam piekło i walka o życie…wystarczyłby jeden podmuch wiatru, jedna iskra i by już nas nie było…
Wielu spotkanych ludzi mówiło, że przez Salar  przejechać się nie da, liczne opady deszczu sprawiły, że sól pokrywa duża warstwa wody i w wielu miejscach jest grząsko.

dsc02479

To prawda, brzeg wielkiego solniska pokrywała błotnista maź bardzo trudna do poruszania się na rowerze, ale cały czas krążyła nam po głowach jedna myśl…a może jednak spróbujemy? i dobrze, że się zdecydowaliśmy, ponieważ już po 2 km podłoże było twarde jak asfalt, a warunki wyśmienite do jazdy. Z Uyuni do drugiego końca Salaru, gdzie jest miejscowość  Tahuna i wulkan Tunupa mieliśmy 80km. Łeee jak nie dzisiaj, to jutro dojedziemy na miejsce, a nocleg na solnej pustyni to nie lada atrakcja 🙂 Słońce świeciło sprawiając, że ten biały świat, który nas otaczał wydawał sie jeszcze bardziej niesamowity.

dsc02748

dsc02783

Ciesząc się chwilą jechaliśmy przez ten cud natury nie wiedząc, że parę godzin później ten cud zamieni się w horror pełen płaczu, krzyku, niedowierzania, że tak niewiele dzieli nas od tragedii.  W połowie dnia Marcina zaniepokoiły chmury burzowe, które zaczęły piętrzyć się za naszymi plecami, były daleko i szły skosem więc zapewne przejdą bokiem, ale na wszelki wypadek przyspieszyliśmy tempo żeby w razie czego zdążyć do miejscowości. Niestety burze są nieobliczalne i z biegiem czasu chmury zaczęły rozrastać się jeszcze bardziej doganiając nas jeszcze szybciej.

dsc02809

dsc02810

Burza była coraz bliżej, na horyzoncie dookoła błyskały pioruny, a my pędziliśmy ile sił w nogach widząc już w oddali miejscowość. I nagle, 8km od celu wprost przed nami wyrosła wielka komórka burzowa uderzając piorunami w ląd.  Byliśmy w najgorszym w możliwych miejsc, na otwartej przestrzeni, po kostki w wodzie, z  rowerami i chmurami burzowymi dookoła. Nie pozostało nam nic innego jak zostawić rowery i uciec od nich jak  najdalej.

dsc02682

Skuleni w kłębki patrzeliśmy jak 5km przed nami uderzają pioruny. Jeśli jeden z nich trafi w wodę…umrzemy, jeśli jeden z nich uderzy w rowery…umrzemy. Cel byl tak blisko, a my nie mogliśmy nic zrobić bo gdybyśmy chociaż drgnęli trafiłby nas piorun. Ja płakałam z bezradności, krzyczałam, byłam przerażona tym co się dzieje i tym co się może stać…tym bardziej ze burza szła na nas… Nagle z chmury , która goniła nas przez całą drogę , lunęło niesamowicie i zerwał się bardzo silny wiatr, który w pewnym sensie uratował nas, przeganiając burze w druga stronę. Postanowiliśmy wykorzystać ten moment i wsiedliśmy na rowery. Pedałując w transie  patrzeliśmy, gdzie tym razem uderzy piorun…i czując wielką ulgę gdy wyładowanie miało miejsce w górę lub ląd… to nie był koniec. Jadąc, czuję dziwne mrowienie w rękach i stopach, a z ramy roweru przeskoczyła  iskra… z chwili zadumy wyrwał mnie krzyk Marcina – padnij!!!! Okazało się, że nasze ciała i rowery były tak naładowane, że od wyładowania i uderzenia przez piorun był tylko  moment. Siedzieliśmy oddaleni od siebie o ok 100metrow patrząc w swoją stronę z przerażeniem w oczach. Ta chwila była najgorsza ze wszystkich… nie wiedzieliśmy co robić, tym bardziej, że zbliżała się do nas następna nawałnica. Jedno  było pewne, zostając na otwartej przestrzeni, przemoczeni i siedząc po kostki w wodzie skazujemy się na ryzyko uderzenia przez piorun. Do małej miejscowości o nazwie Jirara zostało tylko 3km…najdłuższe i najgorsze 3km w moim życiu. Patrzałam na budynki, które z każdym obrotem pedałów zbliżały się sprawiając, że nasz ratunek był coraz bliżej. Było już ciemno, gdy cali mokszy, brudni, zmęczeni i przerażeni dotarliśmy na ląd do pierwszych  zabudowań.  Niesamowicie sympatyczne starsze małżeństwo z hostelu aż sie przeżegnało gdy nas zobaczyli. Ja zaryczana, trzęsąca się z zimna wyglądałam  jak jedno wielkie nieszczęście. Dostaliśmy pokój z gorącym prysznicem a później zostaliśmy zaproszeni na ciepłą zupę,  którą babcia ugotowała. Emocje pomału opadały, a ja czułam się nareszcie bezpiecznie, choć adrenalina jeszcze długo krążyła nam we krwi uniemożliwiając zaśnięcie-dopiero mała dawka alkoholu sprawiła, że odpłynęliśmy…

 

 

namiotnaszdom1

CZEŚĆ! Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży. W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

8 komentarzy

  1. ewel napisał(a):

    Bardzo się cieszę , że nic się nie stało , uf ! Pozdrawiam ciepło .

  2. Zajka napisał(a):

    Ja chyba bym umarła ze strachu. Współczuję Wam i cieszę się ,że wyszliście z tego piekła cali.Niech Was Bóg ma w swej opiece przez całą dalszą drogę!

  3. olka napisał(a):

    niesamowite!

  4. Sandra l napisał(a):

    Czytając tego posta aż gęsiej skórki dostałam. Podziwiam Was za odwagę i determinację. Uważajcie na siebie, życzę Wam udanego powrotu do Europy 🙂

  5. boliviainmyeyes napisał(a):

    Szaleni! Ale szczescia mieliscie duzo i widac, ze ktos nad wami czuwal:)

  6. Krzysiek napisał(a):

    Czytając to czułem prawdziwe przerażenie.

    Kochani, chcę czytać jeszcze wiele postów z waszej wyprawy, proszę, sprawdzajcie bardzo dobrze prognozy na początku dnia!

    • namiotnaszdom1 napisał(a):

      Pogoda na tej wysokości jest nieprzewidywalna… chociaż z jednej strony codziennie popołudniu występowały burze, więc mogliśmy się jej spodziewać także tego dnia, ale ta przestrzeń, biel i magia Salar de Uyuni była tym razem silniejsza od zdrowego rozsądku 🙂

  1. 16 listopada 2015

    […] stanąć oko w oko z naszym oprawca,  który 8 miesięcy temu dał nam ostro popalić…. https://namiotnaszdom.wordpress.com/2015/02/09/salar-de-uyuni-zabojcze-piekno/ czyli Salar del Uyuni. ZZ Challapaty  ruszyliśmy w znajoma juz dla nas trasa w kierunku Salinas […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *