Karnawał w Ameryce Połuniowej czyli muzyka, tańce i pianka w sprayu :)

Karnawał w Oruro jest drugim po Rio de Janeiro karnawałem w Ameryce Południowej. W tym czasie najważniejszym miejscem w Boliwii na kilka dni staje się to górnicze miasteczko, którego ulice zamieniają się w wielką fiestę tańczącą , grającą dookoła muzyką i niekończące się zabawy.

Dzień wcześniej pojechaliśmy z Polskimi znajomymi i Padre Jackiem do polskich zakonnic które stacjonują w Oruro. Na stole przywitała nas sałatka jarzynowa, galaretka z nóżek, wędlinki, sery i…ogórki małosolne!!! żaden raj na ziemi typu lazurowe morze ani biały piaseczek w tej chwili nie dorastał tym specjałom do pięt, a moje podniebienie przeżywało wtedy istny odlot 🙂

 

Centrum karnawału to 4 kilometrowa ulica wzdłuż której ustawione są trybuny dla publiczności. W tym czasie do Oruro przyjeżdża prawie półmiliona ludzi i to co się dzieje na ulicach trudno opisać. Karnawał to czas szaleństwa, wielka parada w której dziesiątki prześcigających się zespołów tancerzy, tancerek, muzykantów i tańczących procesji stara się na maxa rozruszać widownię, która nie daje się długo prosić 🙂 Pochód przebierańców trwa wiele godzin, zaczyna się rano, a kończy się po 3 dniach i nocy bezustannej zabawy . Dystans do przejścia nie wydaje się zbyt duży, jednak intensywność tańca i ciężar strojów troche to komplikują. Ubrania często ważą dziesiątki kilogramów, są to grube jak niedźwiedzie futra, niewygodne skrzydła archanioła, wielkie metalowe maski, albo wysokie obcasy długich sznurowanych butów10978506_763765767053859_3872064029948671148_n

10982603_764031863693916_4695483385269459597_n

DSC0328310500270_763765503720552_5176305209571360458_n

Częścią, której nie może zabraknąć podczas karnawału w Oruro jest wielka bitwa wodna przypominająca w pewnym sensie nasz Śmingus Dynguns, jednak w Boliwii przybiera nieco bardziej zaawansowaną formę, rozmiary i zaczyna się około 2 tygodnie wcześniej. Kiedy podróżowaliśmy po tym kraju na każdym kroku widzieliśmy zaczajone dzieci z balonami i karabinami napełnionymi wodą. Na szczęście rower okazywał się zazwyczaj szybszy od lecącego balonika 🙂 W Oruro oprócz wody, główną bronią były jednak puszki wypełnione białą pianką. Trybuna walczyła z trybuną, ci z prawej biją na tych z lewej, ci z góry na tych z dołu, ci z dołu na tych co obok, dziewczyny na chłopaków, chłopaki na dziewczyny, dzieci, dorośli, staruszkowie. Jedna wielka zabawa, śmiech i krzyki. My jako gringo byliśmy traktowani z wyjątkową troską będąc w tym momencie głównym obiektem który miał na sobie najwięcej pianki 🙂 ale my nie byliśmy dłużni i walczyliśmy mając przy tym niesamowity ubaw.

DSC01373

dsc_5381 dsc_5386 dsc_7758  dsc01470  dsc03032 dsc03042 dsc03051 dsc03113 dsc03130 dsc03135 dsc03217

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

DSC03248  DSC_5373   11001768_763765957053840_7141985832350003321_n 10998884_764031800360589_6418174242860950696_n  10985518_763765917053844_5624258138839730960_n   10991060_763765560387213_2510404554231601335_n

 

Ze znanej nam już karnawałowej miejscowości Oruro pojechaliśmy na północny zachód drogą nr31, żegnając się na najbliższy czas z asfaltem- i dobrze 🙂 Boliwia to kraj w którym warto unikać zatłoczonego, ale płaskiego i równego asfaltu na rzecz pustej, ale szutrowej drogi przez góry. To co się dzieje poza cywilizacją wynagradza te trudy związane z pedałowaniem w niezbyt komfortowych warunkach. Niesamowici ludzie na prowincjach, natura i lamy na każdym kroku… Jechaliśmy parę dni takimi bezdrożami mijając prymitywne wioseczki w których chleb kupić było można tylko w godzinach rannych, a w sklepach półki świeciły pustkami. Bieda biedą, ale za to karnawał trwał na całego 🙂 Nie tak hucznie, kolorowo i oficjalnie, ale za to z niesamowitym klimatem i urokiem. Orkiestry składające się z paru grajków przygrywały tańczącym w tradycyjnych strojach mieszkańcom. W przeciwieństwie do Oruro, żeby dobrze się bawić nikt nie potrzebował litrów alkoholu, który w dużym mieście lał się strumieniami… chociaż na wsiach lało się co innego… problemem była organizacja w postaci kibelków, więc każdy załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne wszędzie…kobiety zazwyczaj noszą długie spódnice, więc wystarczyło tylko kucnąć w miejscu w którym aktualnie stoją, a mężczyznom…odwrócić się, zrobić co trzeba i dalej kontynuować zabawę lub rozmowę. Nie muszę nikomu mówić co działo się rano…rzeki urynowe pływały przez całe wioski zostawiając bardzo miłe zapaszki 🙂 w miejscowości Challapata, gdzie gościł nas Padre Jacek mieszkańcy przywitali nas bardzo ciepło, byliśmy wręcz gośćmi honorowymi więc na ilość tancerzy nie mogłam tej nocy narzekać. Chociaż i tak najbardziej zainteresowana nami była pianka i woda z wiader, która lądowała na naszych ciałach dużych ilościach 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA DSC03383   DSC03361 DSC03351    1512844_762346123862490_2111837648224673732_n

Dla mnie osobiście karnawał był jedna z najlepszych imprez w której miałam okazje uczestniczyć i już po pierwszej nocy tracąc głos na następne dwa dni 🙂

namiotnaszdom1

CZEŚĆ! Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży. W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. PtasieLoty napisał(a):

    Mam znajomego z Brazylii, który mieszka w miasteczku niedaleko od Fortalezy, a dokładniej w Itaitinga. Zawsze mówiłam mu, że chciałabym zobaczyć taki prawdziwy karnawał jak w Ameryce Południowej. Jednak on twierdzi, że całe te obchody mają wiele wad. Między innymi dlatego, że wiele osób ginie w tym czasie lub trafia do szpitali. Po drugie Brazylia nie należy do bogatych państw, a pieniądze jakie są przeznaczone na organizację tylu imprez są bardzo duże..no i dużo by tu jeszcze wymieniać.
    Nie zmienia to faktu, że taki karnawał musi być świetnym przeżyciem i mimo wszystko chciałabym doświadczyć tego na własnej skórze. 😉 A zdjęcia są świetne!

  2. Krzysiek napisał(a):

    Drugim największym karnawałem jest impreza w Barranquilli w Kolumbii (tylko uściślam, w niczym nie odejmując waszej świetnej relacji)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *