Tu nie wjedziecie!!! Park Narodowy El Cocuy

image

Mały niepozorny Park Narodowy El Cocuy cisza,  spokój,  boczna górska droga i bajeczny lodowiec położony tuż przy Ritacuba Blanco 5330mnpm widziany z perspektywy rozbitego namiotu.  Czego chcieć więcej? niczego,  tylko ktoś postanowił rzucić nam kłodę pod nogi… tzn.  koła

Po przekroczeniu granicy z Kolumbią naszym oczom pojawił się inny świat.  Nagle z niedostępnej i na skraju bankructwa Wenezueli w której przez problemy gospodarczo – polityczne brakuje podstawowych produktów, znaleźliśmy się w mieście Cucuta.  Wieżowce,  piętrowe domy towarowe,  ludzie nowocześnie ubrani, zupełnie inna bajka.  Oprócz wysokiego standardu,  podskoczyły także ceny o około 300%w górę.  Znajdujemy najtańszy  w okolicy hostel (25zl/2os) przy mercado i korzystamy z dobrodziejstw cywilizacji 🙂

ZNÓW JESTEŚMY W ANDACH!!

2dni później ruszamy w trasę, która już od pierwszych metrów nie rozpieszcza, ostro pod górę,  żar z nieba i maaasa tirów.  Trudno się spodziewać cichych bezdroży jadąc główną trasą prowadzącą do stolicy :-/ po dwóch dniach z bolącymi gardłami od spalin dojeżdżamy do miejscowości Pamplona,  mała niezbyt urodziwa mieścina w której spędzamy ostatni nocleg w tanim hostelu.  Od tego momentu zostawiamy w tyle główną trasę , większe miejscowości i skręcamy w trasę jaką lubimy najbardziej – boczną, mało uczęszczaną drogę gdzie możemy spotkać się z naturalną Kolumbią.  Przy wyjeździe z Pamplony zaliczamy bardzo męczący falstart 🙂  na GPS Marcin znajduje skrót,  który okazuje się być pionową drogą.  Nasza siła walki,  albo głupoty nie pozwala nam się cofnąć.  Brniemy wiec do przodu z zawrotną prędkością 2km/h pchając rowery i co chwilę wycierając pot zalewający oczy.  Ludzie po drodze parę razy pytają się, gdzie jedziemy i próbują nam przemówić,  że tędy nie da rady,  ale my głupole,  kierując się doświadczeniami z poprzednich krajów,  że miejscowych lepiej  nie słuchać, idziemy dalej.  W końcu widząc drogę prowadzącą przez środek góry odpuszczamy widząc,  że w ciągu 2,5 godziny zrobiliśmy niecałe 2km wspinając się na 280metrow!!  Zjeżdżamy z ulgą do miasta i jedziemy inna drogą.  I tak w ciągu następnych 2dni wjeżdżamy rowerami na przełęcz 3820mnpm!! Po drodze mijamy niekończące się plantacje truskawek i brzoskwiń,  które przez te dni pojawiają się w naszym menu w naprawę ogromnych ilościach 🙂  Temperatura w przeciwieństwie do tej z przed paru dni spada o około 30*C w dół do tego stopnia,  że noc na przełęczy spędzamy ubrani we wszystko co mamy, a i tak było mi mega zimno tym bardziej,  że tak niska  temperatura ostatni raz towarzyszyła nam w górach w Peru…  czyli 1,5 miesiąca temu.  Tak jak szybko wjechaliśmy,  tak szybko zjechaliśmy.  Wystarczył jeden dzień i znów znaleźliśmy się w piekarniku na wysokości 1200mnpm. I po co to wszystko?? 4dni harówki pod górę by w ciągu chwili zaczynać znów od początku…

image

image

AWARIA I COŚ NA POPRAWĘ HUMORU 🙂

Na dole awaria,  Marcinowa tylnia przerzutka podczas podjazdu pod górkę zachacza o szprychy, wkręca się w koło i o mały włos łamie hak.  Na szczęście udaje się nam naprawić co trzeba.  W między czasie zatrzymuje się koło nas kierowca tira.  Zaniepokojony naszą awarią daje nam coś na poprawę humoru- skręta z marihuana 🙂  Jak każdy wie,  Kolumbia to kraj narkotykami płynący i takie używki to normalka 🙂  Noc spędzamy nad rzeczką w której nareszcie możemy porządnie się wykąpać i relaksując się z dymkiem w płucach zasypany obserwując na niebie statek kosmiczny uderzający w dziwny obiekt w kształcie uśmiechniętej twarzy 🙂  hehhe

image

image

image

I ZNÓW W GÓRĘ

W końcu dojeżdżamy do skrętu w stronę Parku Narodowego.  Nikt  nie mówił,  że będzie łatwo i tak też nie było.  Droga szutrowa w bardzo kiepskim stanie i do tego bardzo nachylona. Z pomocą chyba jedynej ciężarówki dojeżdżamy na górę .  Przejazd tych 60km do granic parku zajmuje nam cały długi dzień. Wytrzęsieni do granic możliwości,  siwi od kurzu i z worami ziemniaków dojeżdżamy do turystycznej miejscowości Guican, stamtąd już tylko rzut beretem do naszego celu.

image

STOP!!!!

Na dole jeden z mieszkańców ostrzegł nas,  że do Parku nie wjedziemy ponieważ spadło dużo śniegu i drogi są zasypane.  To była jedna z wielu wersji do momentu kiedy nie poznaliśmy tej prawdziwej.  Rano przywitało nas słońce pełną parą,  idealna pogoda na wizytę w Parku Narodowym i podziwianie gór dookoła .  Ludzie niesamowicie mili,  pozdrawiali nas i szczerymi uśmiechami dopingowali do jazdy pod górkę.  Mieszkańcy gór, tak jak w Boliwii i Peru,  poubierani są w tradycyjne stroje.  W tym rejonie Andów dominują kapelusze w stylu kowbojskim i wełniane poncho, a głównym środkiem transportu jest koń.

image

image

image

image

image

image

Nagle zza zakrętu wyłania się biały szczyt otoczony niebieskawym lodowcem ,  a za chwilę  ścieżka prowadząca 5km do bramki Parku Narodowego.  Lecz zanim zdążyliśmy spojrzeć w jego stronę, w ciągu chwili zostaliśmy otoczeni przez bandę facetów z drewnianymi pałkami,  którzy zdecydowanym tonem stwierdzili że nie możemy tam wjechać…  i się zaczęło… Po naprawdę dłuższej dyskusji okazało się,  że mieszkańcy pobliskich wiosek walczą z turystyką sądząc,  że przez turystów topnieje lodowiec, który jest jedynym zbiornikiem wodnym zasilającym wszystkie pola i gospodarstwa. A, że bezpośredniego dostępu do PN zamknąć nie mogą, wiec uniemożliwili dojście do bramek.  Odpuściliśmy wejście,  ale że było już późno na dalszą jazdę postanowiliśmy przenocować na prywatnym polu pytając się oczywiście o zgodę właściciela, którą otrzymaliśmy. Lecz na tym problemy się nie skończyły,  nie minęło 15 minut i z wizytą przyszli ci sami goście tyle,  że w większej obstawie dając nam do zrozumienia,  że mamy się wynosić,  ponieważ miejsce gdzie chcemy spać leży powyżej drogi która wyznacza granicę zakazaną.  Polak jak to Polak,  jak czegoś nie wolno to zrobi to za wszelką cenę.  Uparliśmy się i koniec,  tym bardziej że było to pole prywatne i mieliśmy pozwolenie od właściciela.  Goście byli strasznie wkurzeni,  trzymali nerwowo pałki i pewnie chętnie by ich użyli.  Marcin w między czasie pokazał im gaz pieprzowy,  żeby wiedzieli,  że też mamy w razie czego czym się bronić…i to  był błąd po którym poszła lawina telefonów do ich szefa, z informacja ze chcieliśmy ich napaść i zaatakować.  Normalnie jaja jak berety 🙂  w końcu po dobrej godzinie jakoś udało nam się dojść do porozumienia i przekonaliśmy ich,  że zależy nam tylko na spokojnej nocy,  a nie wbijaniu się w nocy potajemnie do PN.  W między czasie jeden z najbardziej nerwowych za pomocą dwóch patyków wytyczył nam granice,  której mamy nie przekraczać.

image

TO NIE KONIEC PROBLEMÓW…

Noc minęła spokojnie w przeciwieństwie do dnia następnego!!  Rozczarowani do granic możliwości,  że tyle naszej pracy poszło na marne i  nie możemy wejść do Parku ruszyliśmy w stronę zjazdu do miejscowości El Cocuy.  Na głównej drodze kolejna blokada,  z 10 chłopa z pałkami zakazali na dalszej jazdy tylko dlatego,  że droga poprowadzona jest blisko parku.  Co za idioci,  bo inaczej ich nie można nazwać, zaczęli nas szarpać za rowery,  tarasować na siłę drogę.  Dokoła zebrało się parę ludzi,  którzy tak samo jak my nie są zadowoleni z tego pseudo i nielegalnego strajku ,  ale boją się postawić.  Bardzo ucieszył ich fakt,  że informacje o tym wszystkim przekażemy do wyższych organów mając dowody w postaci nagrań i zdjęć.  Co za idiotyczna sytuacja,  główna droga wiodąca do następnej miejscowości,  którą nie możemy przejechać.  W końcu znów udało mi się przekonać ichszego szefa proponując,  że jeśli nam nie wierzą mogą jechać  z nami i nas pilnować. Poskutkowało.  Noc spędziliśmy na super polu namiotowym z magicznym widokiem na lodowiec i góry.  Bardzo polecamy to miejsce,  profesjonalna obsługa,  czysto  i bardzo sympatycznie.

image
image

image

image

image

image

Trwają rozmowy pomiędzy Parkiem Narodowym,  a strajkującymi ,  chętnie dołączymy się do niej wysyłając dowody w jaki sposób traktowani są turyści.

Kolejnego dnia zjeżdżamy do miejscowości El Cocuy za którą czeka kolejna przełęcz do zdobycia.  Wydawała się być niewielka,  a okazała się mieć 4300mnpm…  Dwa dni pchania rowerów po bardzo ciężkim terenie, ale za to noc na szczycie w blasku księżyca i ogniska to jest coś! Góry w tej części Andów są okropnie pofałdowane i wymyte przez rzeki.  Niejednokrotnie pół dnia zajmuje nam ominięcie górki i rzeczki by po długich godzinach znaleźć się po jej drugiej stronie dosłownie pół kilometra w linii prostej,  a wystarczyło by zbudować most 🙂

image

image

 

image

I tak po wielu dniach,  z górki ale pod górkę, szutrowo kamienistej drodze docieramy do cywilizacji –  miasta Duitama.  Hostel,  market i leżenie do góry brzuchem z tabletem w ręce 🙂

namiotnaszdom1

CZEŚĆ!
Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży.
W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

3 komentarze

  1. Krzysiek napisał(a):

    Świetny wpis. Byłem w Kolumbii, ale nie w tym terenie – miło poczytać o innych częściach tego magicznego kraju.
    Podziwiam za wytrwałość

    • namiotnaszdom1 napisał(a):

      Dzieki za miłe słowo! Fakt Kolumbia ( a przede wszystkim rejony górskie) to magiczny kraj, który wciąga!

  1. 10 lutego 2017

    […] <CZYTAJ DALEJ> […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *