Z wybrzeża w góry – chłodniej, wyżej, piękniej

image

W Wenezueli rowerami jeździliśmy niewiele,  większość kraju przejechaliśmy stopem o który tutaj niezwykle łatwo.  Benzyna jest tu prawie za darmo,  więc dużych aut  nie brakuje.  tutaj każdy samochód osobowy to  mini ciężarówka z wielką paką na którą bez problemu mieszczą się nasze rowery,  paru pasażerów, pół domu, lodówka i pies, a w złapaniu stopa pomagają policjanci.  Wystarczy podjechać na jedną z bramek kontrolnych,  które znajdują się na wlocie i wylocie z miejscowości,  zagadać do mundurowych i usiąść spokojnie popijając kawkę 🙂

image

image

image

Wenezuela jest państwem na skraju bankructwa, brakuje podstawowych środków do życia, na około aż roi się od typów którzy chętnie zainteresują się naszym sprzętem. W tym kraju pierwszy raz od początku wyprawy po czuliśmy się niepewnie. Więc postanowiliśmy jak najszybciej przejechać ten kraj i gdy tylko się dało, przejeżdżać tranzytowe odcinki autostopem.  Autostop funkcjonuje tu wspaniale, sprawdzimy teraz jak wygląda kwestia autobusów.

Po odpoczynku na wyspie Margarita i Puerto la Cruz kolejnym miejscem leniuchowania miała być  Merida,  która  świetnie się  do tego nadawała. To bardzo przyjemne i niedrogie miasto, o przyjaznym górskim klimacie, otoczone pięcioma najwyższymi szczytami wenezuelskich Andów. Idealna baza wypadowa dla górskich wycieczek. Miasto ma  uniwersytecki klimat, kwitnie też życie nocne.

Przez Caracas w góry

Ale żeby dotrzeć na miejsce. czeka nas długa droga  i jak się później okaże,  bardzo nerwowa sytuacja…
Na dworcu w Puerto la Cruz kupujemy bilety do miasta Barinas oddalonego o ok. 800km  i płacimy zawrotną cenę 9zl/os w naprawdę ekskluzywnym autobusie!!!  Wenezuela zaskakuje nas na każdym kroku pod każdym względem!!  Wieczorem zaczyna się całe przedstawienie.  W trakcie jazdy na dworzec na własne oczy widzimy dwie kradzieże. Najpierw chłopaczek ukradł babce telefon,  a później inny torebkę.  Ech szczerze mówiąc  z dnia na dzień chcemy się jak najszybciej wydostać z Wenezueli i cieszymy się,  że duże miasta na północy m. in stolicę Caracas (najniebezpieczniejsza stolica na świecie)  przejedziemy autobusem.  Autobus mamy o godzinie 22.  Stawiamy się więc wcześniej na dworcu wtapiając się w tłum innych pasażerów,  mając przy tym oczy dookoła głowy.  Nasz kolor skóry oraz rowery kuszą złodziei,  których tutaj pewnie nie brakuje. Nagle słyszymy wrzask kobiety i płacz dziecka,  gość podjeżdża skuterkiem,  wyrywa babce dziecko i próbuje odjechać!!  Okazuje się,  że babka chce wyjechać z dzieckiem bez zgody ojca.  Na ratunek rzucają się inni pasażerowie ciągając dziecko za ręce,  nogi jak lalkę, a mężczyźni rzucają się z pięściami na kierowcę skutera i ojca…

Rowery, bardzo drogi bagaż!!

Podjechał w końcu nasz autobus,  odetchnęliśmy z ulgą nie wiedząc,  że teraz na nas kolej pod względem problemów…  Z autobusu wysiadło trzech barczystych chłopów w tym kierowca stwierdzając, że w bagażniku jest mało miejsca i za rowery musimy zapłacić 50zl!!! zrobiliśmy wielkie oczy, pasażerowie złapali się za głowy mówiąc mi na ucho, że to drogo.  No i oczywiście,  cena była kosmicznie podbita,  a kierowca myślał że znalazł sobie białych sponsorów.  Przepychanki słowne trwały 1,5godziny.  Każda ze stron była nieugięta. Marcin usiadł w bagażniku i stwierdził,  że się stamtąd nie rusza!! Obsługa autobusu zaczęła rozmawiać z kierowcą,  że trochę przesadził…. ,  aż w końcu cena końcowa drastycznie spadła gdy z nerwowo zaczęłam ryczeć 🙂  chyba kobiece łzy sprawiły,  że kierowca zmiękł i spuścił cenę do 20zl za rowery.  Cholernie wkurzeni na całą sytuację i z 1,5 godzinnym opóźnieniem wyruszyliśmy.  Dla bezpieczeństwa poproszono pasażerów o zasłonięte zasłonek,  a pieczę nad wszystkim sprawowało dwóch kafarów ze spluwami,  których jeszcze parę minut wcześniej wyzywałam od złodziei, kłamców i idiotów  🙂  Rano byliśmy szczęśliwi,  że na noc wzięliśmy ciepłe ciuchy i śpiwór (klima standardowo ustawiona na 15*C) oraz,  że cało i zdrowo dojechaliśmy na miejsce przejeżdżając nocą najniebezpieczniejsze miasta Ameryki Południowej i świata… .

image

image

image

image

Barinas to małe miasto na wysokości 600mnpm  co oznaczało,  że czeka nas długi,  długi podjazd do Meridy,  która  leżała wysoko w górach.  Nie było tak źle,  spokojnie  z dnia na dzień zdobywaliśmy coraz to większą wysokość oddychając rześkim górskim powietrzem i zarzucając na siebie dłuższe i cieplejsze ciuchy,  które zapomniane spędziły długi czas na dnie toreb.  Po trzech dniach wspinaczki znaleźliśmy się na szczycie,  skąd rozciągał się widok na obserwatoria astronomiczne.  Zjazd był bardzo stromy i w ciągu kilku chwil szybko zjechaliśmy na wysokość która pod górkę zajęła nam 2 dni wspinaczki.

image

image

image

Historia pewnego kociaka

W pewnym momencie,  jakiś 15 kilometrów przed miastem na jezdnię pełną pędzących aut wybiegł malutki kotek,  zatrzymałam  się,  a ten nie patrząc na nic szedł  w moja stronę.  Czem prędzej  sama nie zważając na przejeżdżające auta wyjechałam na środek jezdni,  wzięłam kota za fraki pod pachę ratując jednocześnie spod kół samochodu.  Resztę drogi do Meridy spędził w przedniej torbie na kierownicy miałcząc w niebo glosy.  Miało być z górki,  a było pod górkę :-/ ostatnie kilometry,  jak zawsze,  nie rozpieszczają i dostaliśmy nieźle w palnik.  Spoceni ,  zmęczeni wjechaliśmy do dużego miasta kierując się na polecony przez poznanego na  Margaricie Wojtka hostelu w którym sam się zadomowił.  Niestety właścicielka kategorycznie zabroniła zwierząt w hostelu…  ech jeszcze parę godzin temu uratowałam go przed rozjechaniem przez ciężarówki,  a teraz  mam go znów skazać na śmierć zostawiając  na ulicy w centrum miasta?!?!  zdezorientowana wyszłam na ulicę i nie wiedziałam co robić….  mój wzrok przyciągnęła dziewczyna,  która spacerowała z małym pieskiem.  Poleciła pojechać do jednej z przychodni weterynarii która funkcjonuje tez na zasadzie schroniska dla zwierząt. wzięliśmy w taxi i pojechaliśmy.  na miejscu przyjęli kociaka i mam nadzieje ze znajdzie się dla  niego jakiś nowy,  bezpieczny dom,  lepszy niż ulica. Niestety to wszystko tak szybko się działo,  że nie mam nawet jego zdjęcia 🙁

Spotykamy się z Wojtkiem,  który też przesiaduje w Merida.  strasznie wyluzowany gość, który objechał Ameryki na małym motorku http://backpackista.com/pl oprócz tego kręci świetne filmiki, które można oglądać w kółko 🙂
Naszym jednym z główniejszych celów przybycia do Meridy oprócz oczywiście odpoczynku, jedzenia i byczenia się był wjazd kolejką linową w góry. Teleférico w Meridzie jest najwyższą i najdłuższą (12,5 km) kolejką linową na świecie. Wagoniki wspinają się kolejno na 4 stacje, z których ostatnią jej Pico Espejo (Lustrzany Szczyt). Podróż do kolejnych stacji trwa średnio 10 minut i są to kolejno La Montana (2400 m), La Aguada (3453 m), Loma Redonda (4045 m) oraz wspomniana wcześniej najwyższa stacja na wysokości 4765 m n.p.m. Mamy mega pecha ponieważ kolejka od dłuższego czasu jest zepsuta,  a na naprawę nie ma pieniędzy…  Sądząc po tym jakie są rokowania gospodarczo – polityczne Wenezueli,  kolejka umrze śmiercią  naturalną poprzez rdzę i zaniedbanie.  Wielka szkoda…  Merida to bardzo przyjemne miasto pełne studentów,  knajpek,  różnych rozrywek.  Przez 3 dni żyjemy życiem towarzysko kulinarnym krążąc pomiędzy barami,  knajpkami,  a hamakiem w naszym hostelu leniwie 🙂

image

image

image

namiotnaszdom1

CZEŚĆ!
Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży.
W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *