Zjazd wprost do rozgrzanego piekarnika…

image

W mieście Bucaramanga ostatecznie żegnamy Andy.  Ten łańcuch górski towarzyszył nam przez większość naszej wyprawy po Ameryce Południowej dostarczając  niesamowitych wrażeń na każdym kroku, ale i niejednokrotnie nieźle dał popalić.   chciałam  wreszcie czegoś innego,  powiewu  morskiej bryzy, płaskich dróg na których możliwe będzie przejechanie 100km, spania na plaży przy usypiającym szumie fal i beztroskich kąpieli kiedy dusza zapragnie …

image

 

W Bucaramanga poznajemy Diego –  Warmschower’a  który gości nas w swoim domku  20km za miastem. Diego zaprasza nas także na obiad do restauracji  wegetariańskiej  w której pracuje.  mmmmm dawno nie jedliśmy takich smakołyków 🙂   1000mnpm  wyżej w domku Diego temperatura jest o niebo przyjemniejsza niż 20km niżej w mieście. rześko,  cisza, spokój,  brak TV,  internetu – tego było nam trzeba do odpoczynku 🙂  Parę domków dalej u znajomych  mieszkają inni rowerzyści. Jak się później okazuje to Ruben z Hiszpanii i Kasia z…. Polski!!  Są w trasie od 1,5roku i lada dzień wracają do domu.  Spędzamy super pozytywny czas dzieląc się doświadczeniami, wrażeniami z podróży i co najważniejsze można sobie wreszcie pogadać po Polsku 🙂

image

Odpoczynek naładował nasze wewnętrzne akumulatory na dalszą podróż, które coraz częściej zaczynają szwankować. Coraz trudniej jest nam walczyć z przeciwnościami natury, a coraz chętniej spędzamy czas w zaciszu domowym .
jeszcze przed opuszczeniem miasta   zahaczamy  o gabinet dentystyczny 🙂  plomba ze zdjęciem RTG kosztuje w dość nowoczesnej klinice 30zl :-)powietrza robi się  nie do zniesienia…  odzwyczajeni od tak wysokich temperatur gotujemy się od środka,  a po plecach pot płynie ciurkiem… a będzie jeszcze gorzej.  Jadąc na południe widzimy na własne oczy do czego potrafi doprowadzić brak wody.  W północnym regionie Kolumbii od 1,5roku nie spadła ani kropla deszczu .  Dookoła piach,  spalone przez słońce rośliny ,  chude krowy poszukujące choć źdźbła zielonej trawy i smród rozkładających się zwierząt,  którym nie udało się jej znaleźć.  Po raz kolejny zdaje sobie sprawę,  jak ważna jest  woda. Na jednym z wypłaconych pól obserwuję umierające źrebię i czuwające nad jego ostatnimi oddechami  matkę …. Koszmar,…

image

image

image

Raz po raz widzimy w głębi lądu skupiska dymu. W takim suchym miejscu o pożar nietrudno, ale to nie pożary. To Indianie, którzy rozpalają ogniska. Później dowiadujemy się od miejscowi, że to ich rutuał, Indianie wierzą, że dym z ognisk zagęszcza chmury i dzięki temu wywołują deszcz.. niestety ani chmur, ani deszczu nie widac, a susza dalej zbiera straszne żniwo.

Do tego silny wiatr nieustannie wiejący z północnego – zachodu czyli prawie w twarz.  Po paru dniach łapiemy   ciężarówkę,  która podrzuca nas parę kilometrów dalej do małej miejscowości La Loma.  miejscowość,  która miała  być wioską,  okazuje się  być sporych rozmiarów miasteczkiem położonym przy kopalni węgla.  Jest już ciemno,  weekend,  imprezy pełną parą ,  a miejsca pod namiot brak. ..  dwóch zabłąkanych białasów – idealny łup dla właścicieli hosteli.  i  tak też jest, ceny startują od 40-50 soli za dziurę!!  Ale my się nie poddajemy i jedziemy pod kościół gdzie znajdujemy pomoc u księdza, który wiadomo ma wszędzie znajomości 🙂 Mały pokoik na tyłach hostelu, dla takich jak my w tej sytuacji był dla nas najlepszą opcja 🙂


Przed wyjechaniem z miejscowości zaopatrujemy się tradycyjnie wodę . W Kolumbii rzadko  sprzedaje się wodę w butelkach. Zastępują ja worki.  Duży 6 litrowy wór nie dość że tani , bo około 2zl , to jeszcze praktyczniejszy. Bezlitosny upał sprawia, że te 6litrow wody wypijamy w mgnieniu oka. Postanawiamy wspomóc się jakimś innym środkiem transportu niż rower i po wykręceniu porannych 60km, z pomocą  kierowcy podjeżdżamy do większego miasta Valledupar. Jedziemy klimatyzowana ciężarówka, kilometry kręcą się w zawrotnym tempie, upal ani hulający wichry nie przeszkadza w niczym, jesteśmy odizolowani od tych wszystkich przeciwności natury pędząc do przodu bez żadnego trudu. Valledupar duże, ale bardzo przyjemne, czyste i spokojne miasto. Robimy zapasy wody i ledwo co udaje nam się przed spaniem wykręcić jeszcze dodatkowe 17km do następnej małej miejscowości La Paz .  Siadamy czerwoni od upału na głównym placu pod kościołem i zastanawiamy się po co to wszystko. Długo nie trzeba czekać, żeby dokoła nas zebrali się ludzie ze standardowym zestawem pytań 🙂 podchodzi do nas także ksiądz, który za parę minut zaczyna mszę. Super, moment żeby zapytać o nocleg!

,, dobry wieczór Padre,  jesteśmy rowerzystami z Polski,  z kraju Jana Pawła II…. ”  zaczęłam rozmowę prosząc jednocześnie o pomoc w przenocowaniu nas na plebanii na podłodze lub możliwości rozbicia namiotu gdzieś na tyłach.
-,, jedzcie za mną ” – powiedział,  wsiadając do auta
oczy wyszły nam na wierzch,  gdy dojechaliśmy po chwili to hotelu na naprawdę wysokim poziomie,  a do naszej kieszeni powędrował  banknot na drobne wydatki.
-,,  musicie się dobrze wyspać i dużo jeść ”  – powiedział na odchodne,  a my jeszcze długo staliśmy zdębiali 🙂  rano,  aż głupio było nam wyjeżdżać z tak eleganckiego hotelu na rowerach 🙂
We wspaniałych humorach, wyspani i zrelaksowani wystawiamy głowy z klimatyzowanego pokoju na zewnątrz.  Jest godzina 8 rano, a  na termometrze 36*c !!
Ojjj chyba dziś będzie ciepło pomyśleliśmy ocierając pot z czoła, który w ciągu paru sekund zalał nas od góry do dołu…
Ale trzeba było jechać dalej…. a temperatura rosła i rosła…

namiotnaszdom1

CZEŚĆ!
Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży.
W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *