Co jeść na wyprawie rowerowej – czyli nie samym rowerem człowiek żyje!

Jak wiadomo, rower to najlepszy środek transportu jaki kiedykolwiek wynaleziono. Jest szybszy niż chodzenie i w dużych metropoliach można się sprytnie i ekspresowo przemieścić z miejsca na miejsce. Dodatkowo nie potrzebuje paliwa…. ale , ale …. z jednej strony może i nie trzeba tankować, ale nie zapomnijmy, że silnikiem napędowym są nasze mięśnie, a paliwem i energią jedzenie które dotaczamy naszemu organizmowi. Bez tego ani rusz, a tym bardziej gdy wybieramy się na krótszą lub dłuższą wyprawę rowerową. W tym przypadku bardzo ważne jest dobranie odpowiedniej diety dzięki której będziemy mieć energię do pedałowania, szczególnie jeśli planujemy pokonywać długie dystanse każdego dnia.

Gdy wybieramy się na krótszą przejażdżkę lub chociażby parodniowy wypad można bez problemu zaplanować nasze menu, nawet zabrać ze sobą zapasy prowiantu. Ale gdy nasza wyprawa trwa już ponad tydzień i nie wiadomo kiedy się zakończy w takim wypadku trzeba zacząć kombinować 🙂

 

Kuchenka- gazowa czy benzynowa?

Bez tego urządzenia nie należy nawet wychodzić z domu 🙂  Kuchenka turystyczna jest nieodłącznym i niezbędnym elementem każdej wyprawy, dzięki której  ciepły posiłek może nam towarzyszyć wszędzie tam gdzie jesteśmy.

Podczas naszych poprzednich wycieczek rowerowych po Polsce i okolicach  używaliśmy palnika z wymiennymi  kartuszami (kartusz – pojemnik jednorazowego użytku napełniony fabrycznie gazem). To bardzo wygodne i tanie rozwiązanie ponieważ ceny wkładów oscylują w granicach 30zł i starczają naprawdę na długo. Lecz na dłuższą wyprawę to rozwiązanie się nie sprawdzi (problem z zakupem wkładów m.in w Azji i Ameryce Południowej, a zapasów z PL nie weźmiemy bo nie wpuszczą nas do samolotu z butlami z gazem).

W takim przypadku  lepiej zainwestować w palnik z butlą na paliwo, które kupimy wszędzie na całym świecie bez problemu!! Przed wyruszeniem na nasza wyprawę w 2013 roku kupiliśmy nasz pierwszy palnik zasilany paliwem płynnym Nova+ marki Optimus, który bezawaryjnie towarzyszy nam do dziś. Sporo czasu zajęło nam rozpracowanie kuchenki i wiadomo, zdarzały się małe awarie typu przeciekająca uszczelka, lub zapchany przewód paliwowy i dysza spowodowany złej jakości paliwem, ale oprócz tego nie mamy większych zastrzeżeń co do tego modelu.

 

Jedzenie- czy robić zapasy?

Nigdy nie robiliśmy i nie robimy jakiś zapasów prowiantowych na wyprawę. Według nas bez sensu dorzucać sobie dodatkowy ciężar do i tak zazwyczaj przeciążonego roweru typu paczuszki przekąsek na każdy dzień, paczki z jedzeniem liofilizowanym( chyba, że jest pewne , że przed nami parodniowa totalna pustynia bez żadnych osad/sklepów/ludzi i miejsc gdzie można nabrać wodę) My ograniczamy się tylko do tzw. rezerwy bezpieczeństwa czyli  zawsze w torbie mamy paczkę/dwie zupek błyskawicznych i jakieś ciacho na tzw. czarną godzinę. A prowiant i zakupy robimy na bieżąco lub gdy jesteśmy w miastach z dostępem do większych marketów w ktorych znajdziemy tańsze produkty spożywcze i wybór

 

ŚNIADANIE

Podczas naszej wyprawy w 70%-80% gotujemy jedzonko sami, a dzień zaczynamy oczywiście od solidnego śniadania i dużej czarnej kawy (lub białej, gdy mamy akurat pod nosem jakąś krowę do wydojenia, albo łatwiejszą opcję- mleko w proszku).

Śniadanie jest dla nas podstawowym posiłkiem dnia. Zazwyczaj wcinamy musli z dodatkiem suszkonych owoców (żurawina, rodzynki, słonecznik, banany, petki dyni….itp itd), raz po raz zupkę błyskawiczną z dodatkiem soi która nie dość, że jest dobra to dodatkowo dostarcza masę pełnowartościowego białka, nienasyconych kwasów tłuszczowych, witamin z grupy B i składników mineralnych. Często także rano serwujemy jajecznicę z cebulą kupując wcześniej oczywiście produkty na lokalnym targu.

PRZEKĄSKI

Później w czasie dnia przekąski: batoniki, owoce które w krajach tropikalnych dostępne są na drzewach na każdym kroku, pieczywo z jajkiem/dżemem/dulce de leche/ lub coś co jest akurat pod ręką 🙂 gdy zgłodniejemy na maxa  wrzucamy coś na ruszt z tego co oferują lokalne uliczne knajpy

I oczywiście obowiązkowa przerwa na kawę albo niezastąpioną Yerba Mate po której ma się kopa do końca dnia 🙂 Nie mamy w zwyczaju jeść po południu większego posiłku ponieważ duża ilość jedzenia w parze ze zmęczeniem i upałem strasznie rozleniwia, człowiek zamiast mieć siłę i energię do jazdy marzy tylko o drzemce w hamaku 🙂

 

OBIADO-KOLACJA

Dopiero gdy po całym dniu pedałowania znajdziemy miejsce na nocleg można wreszcie odsapnąć i zjeść znów coś dobrego. Wtedy w ruch idzie jakiś makaron z sosem, kanapki z dżemem, purre w proszku itp

 

Na każdym nawet największym zadupiu, głęboko w górach, albo w najbardziej zapomnianej miejscowości przez cywilizację zawsze znajdzie się mini sklepik, albo osoba która za niewielkie pieniądze sprzeda nam bułki, mleko albo kawałek mięsa

GDY CYWILIZACJI BRAK- MĄKA I SUSZONE MIĘSO LAMY

Były na naszej drodze takie miejsca gdzie przez kilkanaście dni sklepów, ludzi, miejscowości ani widu ani słychu. W takim przypadku wiadro, wcześniej trzeba się odpowiednio przygotować, przeanalizować mapę i zrobić odpowiednie zapasy jedzenia i wody. Jednym z takich miejsc na trasie, gdzie trzeba było solidnie zaopatrzyć się w prowiant jest Salar de Uyuni i Park Narodowy Eduardo Avaroa w Boliwii…  Park Narodowy przepiękny, ale dla rowerzysty niezwykle trudny, 300km ciężkiego piaszczystego terenu, w dzień upał i palące słońce , a w nocy mrozy sięgające -20*C. Oprócz magicznych miejsc dookoła zero cywilizacji. Żeby zapuścić się w jego objęcia trzeba się odpowiednio przygotować z zapasem wody włącznie. Nasza relacja:

http://namiotnaszdom.com/2015/11/dwa-oblicza-parku-narodowego-eduardo-avaroa/

Oprócz takich produktów jak zupki błyskawiczne, soja, makarony, sosy, słodycze zabraliśmy ze sobą także mąkę i własnoręcznie suszone mięso lamy na co wpadliśmy przypadkowo podczas  noclegu  na terenie małej wioski w której mieszkańcy suszyli mięso a kamieniach. Genialny pomysł! Czemu nie, stwierdziliśmy. Poszliśmy więc któregoś dnia na targ i kupiliśmy u starszej boliwijskiej babcinki kawał surowego mięsa lamy. Po pokrojeniu w paski należy mięso oprószyć dość solidnie solą i przez parę dni suszyć na pełnym słońcu do całkowitego wyschnięcia.

Końcowy efekt był nieziemski, a mięso na pustyni smakowało wybornie. Tak samo można zrobić z owocami oraz warzywami i dodawać później do porannej owsianki.

A poco nam mąka na pustyni? A do placków 🙂  mąka, woda, trochę mleka w proszku i odrobina soli

 

NOWA FLORA BAKTERYJNA

Kolejnym problemem z którym boryka się czy to turysta, czy rowerzysta wybierający przede wszystkim na inny kontynent,  jest przestawienie przewodu pokarmowego na lokalną florę bakteryjną. W przewodnikach po Azji, Afryce itp  zawsze znajdziemy masę ostrzeżeń dotyczących  jedzenia. Tego nie jeść, dezynfekować ręce po dotknięciu czegokolwiek, pić wodę butelkowaną itp itd inaczej dopadną nas różne klątwy biegunowe, co grozi przesiedzeniem urlopu w WC albo poważnymi problemami zdrowotnymi. Z jednej strony to prawda, mając do dyspozycji 2 tyg urlopu szkoda byłyby go zmarnować na tronie 🙂 a tym bardziej takim w Malezji 🙂

Tron z widokiem na uliczny bar 🙂

Ale wybierając się na parotygodniową/kilkuletnią wyprawę po świecie bycie cały czas  jałowym i jedzenie tylko w restauracjach posiłków przygotowanych dla turystów nie danam frajdy w podróży, aż w końcu  przesadzona czystość odwróci się przeciwko nam z podwójną siła.

My od początku poszliśmy na żywioł i powiem szczerze ani razu nie mieliśmy jakiejś poważniejszej biegunki, która rozłożyłaby nas na parę dni (pomijając jednorazowego zatrucia arbuzem w Kambodży, który był najprawdopodobniej popryskany jakimiś pestycydami http://namiotnaszdom.com/2013/11/zemsta-arbuzowa-i-gory-kardamonowe/ )

Jemy to co miejscowi na ulicznych straganach (nieraz nie wiedząc do końca co) , pijemy wodę ze strumieni górskich, z kranu i studni nigdy jej nie filtrując ani nie używając jakiś chemicznych tabletek po prostu wszędzie gdzie jesteśmy już od początku staramy się żyć i jeść to co ludzie dookoła i dzięki temu nasz przewód pokarmowy ekspresowo dostosowuje się do nowego jedzenia i flory bakteryjnej,  a my możemy cieszyć się lokalnym jedzeniem, które kusi zapachami i ciekawością nowych smaków, oraz owocami kupionymi na targu i zerwanymi z drzewa często przetartymi tylko o brudną bluzkę 🙂

Wszystkiego trzeba w życiu spróbować

 

DEZYNFEKCJA  🙂

Lepiej zapobiegać niż leczyć. W tym przypadku jako prewencja p/bakteryjna i p/biegunowa doskonale sprawdzają się lokalne trunki 🙂

Gdzieś w Kolumbii

RARYTASY

Podróżujemy dość ekonomicznie i nie chodzi tutaj o to, że jesteśmy sknery, ale sprawia nam to frajdę i pozwala wtopić się w miejscową kulturę i sposób życia. Ale raz po raz ulegamy pokusie i udajemy się na jakieś jedzonko w europejskim stylu z kelnerem siedząc wygodnie przy stole a nie na kamieniach albo krawężniku 🙂

 

 

 

 

 

namiotnaszdom1

CZEŚĆ! Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży. W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. W Duecie po Świecie napisał(a):

    Ciekawy post pokazujący Waszą podróż od tej codziennej, praktycznej strony. Fajnie, że zebraliście doświadczenia z różnych miejsc i udało Wam się zobrazować treść różnymi zdjęciami . A owsianki i bananów zalanych wodą ze strumyka nie jadacie? 🙂 U nas się zawsze sprawdza. Nierobienie zapasów i kopiec jaj na śniadanie też :p

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *