Na daleką północ -Alaska!

Po długim długim czasie sidzenia na tyłku w jednym miejscu, codzienniej rutynie, świadomości ,,że coś musimy,,  i urozmaiceniem sobie życia jedzeniem i chodzeniem na zakupy wreszcie nadszedł czas ruszenia swoich ciężkich 4 liter. Z jednej strony nie było  łatwo,  człowiek jednak przyzwyczaja się do wygody i takie życie zaczyna mu pasować,  ale z drugiej strony przychodziły takie chwile, gdy oglądając np. jakiś program dokumentalny, albo wracając wspomnieniami do naszej  wyprawy czuliśmy nagle motylki w brzuchu, ktore nie mogły doczekać się chwili gdy znów ruszymy  w podróż. I tak też właśnie zrobiliśmy 🙂 pewnego zwykłego dnia kupiliśmy kolejny bilet w jedną stronę  i w ciągu paru godzin przenieślismy się ze znienawidzonego, pełnego sztucznosci, przepychu betonowego Nowego Jorku do Anchorage miasta na Alasce 🙂

Lot minął bardzo szybko i bezproblemowo z przesiadka w Portland liniami Alaska Airline . Wcześniej mieliśmy dużo czasu żeby przygotować sie do lotu i zabezpieczyć rowery budując  solidne kartony,  foliując dokładnie i obklejając taśmą dookoła. Jednak na lotnisku i tak pani celniczka jednym ruchem noża rozkroiła je na dwie części w celu sprawdzenia czy w środku nie ma czegoś czego być nie powinno. I się nie mylila…w środku oprócz oczywiście naszych rowerów była niezastąpiona w każdej szerokości geograficznej maczeta i gaz na niedźwiedzi,  którego teoretycznie przewozić samolotem nie wolno….

słysząc jednym uchem rozmowy celniczka z kierownikiem wiedzieliśmy, że nasz nowy nabytek pewnie zaraz wyląduje w koszu…  ale argument o wyprawie rowerowej, chęci spania pod namiotem pośród alaskańskich i kanadyjskich lasów  przekonał pracownikow lotniska, którzy sami stwierdzili, że ochrona przed głodnymi i budzącymi się,  ze snu misiami musi być  🙂 Przylatujemy o 1 w nocy do Anchorage i od razu idziemy  w kimę znajdując wczesniej ustronne miejsce na terenie lotniska.

Pierwsze wrażenie nie jest zbyt dobre, za oknem leje deszcz, aura  bardzo niekorzystna, temperatura o 15 stopni niższa niż 2 dni wcześniej, gdy byliśmy jeszcze w NYC. Oliwy do ognia dodaje kobieta, która opalona wróciła właśnie z Honolulu na Hawajach 🙂 dodatkowo ja chora, zatoki zawalone, głowa mi pęka, męczy jakaś nieznanego pochodzenia bieguka… paranoja! Ale coz, sami tego chcieliśmy i po wypiciu ogromnej kawy ruszamy koło godziny 10.  Pierwszy dzień nas nie rozpieszcza, pada z przerwami cały dzień, oprócz grubej zasłony chmur nie widać żadnych wartych uwagi widoków z których tak słynie Alaska, ale i tak udaje nam się przejechać 70 km i znaleźć wiatkę  nad jeziorkiem w którym o dziwo jak na tutejsze warunki atmosferyczne woda jest genialna! Ma dobranoc serwujemy sobie kąpiel zmywajac z siebie samolotowe  brudy 🙂

Zmęczeni wrażeniami zasypiamy jak dzieci pod namiotem. Po ciepłej nocy budzimy sie niewyspani i nadal zmeczeni. Pewnie to wina zmiany czasu ponieważ między Nowym Jorkiem, a Alaska są 4 godziny różnicy.  Na zewnątrz jasno więc czas wstawać… nieprzytomni zaczynamy automatycznie zwijac śpiwory, jednym okiem zerkajac na zegarki. I tu niespodzianka! Jest 3 w nocy! No tak…przecież na Alasce jest wczesna wiosna co oznacza, że nastał czas ,,jasnych nocy”, co oznacza, że w tej szerokości geograficznej słońce zachodzi tylko nisko pod horyzont. Wiec tak szybko nie zobaczymy gwiazd na niebie 🙂 zadowoleni idziemy dalej spać 🙂 I tak minęła pierwsza ,,noc” w jakże innym i bardzo odległym miejscu na Ziemi jakim jest Alaska.

Niby nadal jesteśmy w USA, ale oprócz przynależności do tego kraju, cała reszta jest niesamowicie inna co widać już na pierwszy rzut oka w sposobie bycia mieszkańców.  Tutaj Amerykanie to wyluzowani na maxa ludzie, wychowani przez trudne warunki atmosferyczne, nauczeni radzenia sobie w ekstremalnych sytuacjach. Tutejsze kobiety prędzej narąbią drewna na opał, niż będą myśleć o najnowszych trendach mody. No właśnie, jeśli chodzi o kwestie ubioru, już od razu widać, że na Alasce nadeszła wiosna po ilości ubrań na ciałach tutejszych mieszkańców. Na zewnątrz temperatura w granicach 10*C, a ludzie poubierani w krótkie spodenki i klapeczki, na placu zabaw mimo deszczu bawią się rozbawione dzieci nie zwracając uwagi na zimno i nieprzyjemną aurę.  Mężczyźni już od razu widać,  że to prawdziwi twardziele, a nie pipki w rurkach 🙂 już nam się tu podoba 🙂

namiotnaszdom1

CZEŚĆ! Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży. W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *