Długa prosta przez stan Montana i Indianie Blackfeet

Po niezbyt  przyjemnych wspomnieniach z przekraczania granicy kanadyjsko-amerykańskiej czujemy sie okropnie. Psychika odmówiła posłuszeństwa, a co za tym idzie główny motor całej wyprawy wysiadł i nie ma ochoty jechać dalej. Marzę tylko o jednym. Zaszyć się na kilka dni w jakiejś głębokiej, ciemniej dziurze, gdzie nikt nie zawracałby mi gitary. Niestety, znajdujemy się w dość turystycznej części USA tuż przy Parku Narodowym Glacier, gdzie turystów masa, o hostelach mozemy zapomnieć, a ceny pól namiotowych podbite na maxa…. Powiem szczerze, że nie wiemy co z sobą zrobić i długo zastanawiamy się jak poprowdzić dalej naszą wyprawę.

 

PARK NARODOWY GLACIER

Na trasie co rusz mijają nas  rowerzyści, motocykliści, camperowcy i  auta sunące wprost do Parku Narodowego Glacier – podobno jednego z najpiękniejszych miejsc w całych Stanach Zjednoczonych. Park Narodowy  znany jest głównie z licznych lodowców,  niestety, tak było kilkadziesiąt lat temu … w chwili obecnej na skutek zmian klimatycznych lodowce cofają się w ostatnich latach coraz bardziej.  W 1850 roku w parku było ich 150 , w 2010 roku pozostało tylko 25.

Przeprowadzone symulacje sugerują, że lodowce mogą całkowicie zniknąć z terenu parku do roku 2030

Fot. https://pl.wikipedia.org/wiki/Park_Narodowy_Glacier_(USA)

 

Jest 10 rano, a upał już leje sie z nieba, strach pomyśleć co będzie za po południu. Upał jest dodatkowym czynnikiem, który wysysa z nas resztkę tlącej się jeszcze energii. Docieramy miejscowosci St. Mary, bazy wypadowej do PN Glacier. Siedząc w  Centrum Informacjii Turystycznej i korzystając z darmowego WI-FI co chwilę zmieniamy zdanie czy jechać do Parku, czy jednak dać sobie spokój. Jesteśmy strasznie niezdecydowani, co dodatkowo powoduje w nas flustrację.  Liczni rowerzyści próbują nas zachecić swoimi opowieściami  z wizyty w parku, foty faktycznie robią wrażenie i oprócz 800metrowego  trasa nie jest wymagająca. Asfaltowa droga Going to the Sun Road  ( Droga ku słońcu) rozciąga się na długości 85 kilometrów, zapewniając dostęp do licznych zlokalizowanych wzdłuż niej atrakcji. Ten właśnie argument decyduje … o naszym ODWROCIE!

Widząc setki aut stojących w korku domyślamy się co dzieje się dalej, a jazda pod górkę w upale pomiędzy cieszącymi się ludźmi w klimatyzowanych autach w aktualnej sytuacjii i naszym nastawieniu nie jest najlepszym pomysłem.  Odwracamy się na pięcie i cofamy kilka kilometrów nad jezioro Lower Saint Mary Lake, gdzie skręcamy w boczną dróżkę i znajdujemy mini pomost nad jeziorem. Fakt, niedaleko  znajdują się jakieś domki, a miejsce wokół pomostu pomostu wskazuje po ilości śmieci, że miejscowi lubią tutaj dużo imprezować. Ale mimo wszystko postanawiamy zostać tu na noc, w razie czego czatujemy na jakiegoś człowieka w celu zapytania się o możliowść noclegu na pomoście. Wiadomo jak wygląda prawo w USA, właściciel ma pełne prawo zastrzelić potencjalną osobę, która wtargnęła na jego teren prywatny…

BLACKFET – bliskie spotkanie z Indianami

Tuż przy wjeździe do naszej słodkiej przystani stoi znak :

Jeszcze przed wjazdem do USA ludzie co jakiś czas ostrzegali nas przez miejscowymi Indianami. Odradzali spanie pod namiotem, chowanie cennych rzeczy, nie włóczenie się nigdzie samemu po nocach.  Fakt, na pierwszy rzut oka, rdzenni mieszkańcy Ameryki wyglądają hmmm inaczej… Ciemna, lekko przybrudzona karnacja, duże nadęte usta, niechlujny wygląd zewnętrzny, rozczochrane włosy, często brak obuwia oraz co najbardziej ,,rzuca się w oczy” – głośny sposób bycia sugerujące działanie napojów wyskokowych 🙂 Ogólnie rzecz biorąc nie odbieramy Indian Blackfeet jakoś negatywnie, wyluzowani, uśmiechnięci i w stosunku do nas bardzo przyjaźnie nastawieni, powiedziałabym, że zbyt bardzo. Zagadują nas, przysiadają sie do nas gdy odpoczywamy, a każdy temat rozmowy prędzej czy później przechodzi do próby wydębienia od nas kasy lub alkoholu! 🙂

INDIANIE BLACKFEET- KIM SĄ?

Niitsitapi ( znani jako Blackfoot/Blackfeet ) – niegdyś jednolite plemię należące do lingwistycznej rodziny Algonkin, które stopniowo przemieściło sie na tereny prerii z okolic Wielkich Jezior. Niitsitapi ulegali powoli, z czasem, przeobrażeniom i w końcu podzielili się na trzy grupy. Grupy te, spokrewnione poprzez mieszane małżeństwa, ściśle ze sobą współracujące, dokonujace wymiany handlowej, o podobnej kulturze i dialektach powstalych na bazie dawnego, wspólnego jezyka żyły i polowały, przed przybyciem pierwszych osadników, na wielkim obszarze prerii rozciągającym sie wzdłuż łańcucha Gór Skalistych. Po powstaniu Stanów i Kanady, oraz rezerwatów po obu stronach granicy, nastapil kolejny podział

1. Ammskaapipiikani-żyją w USA, w Montanie, w rezerwacie graniczacym od północy z Kanadą. Nazywa sie ich Blackfoot/Blackfeet.

2. Siksika- rezerwat Siksika w Południowej Albercie ( Kanada ), kolo Gleichen, na wschód od Calgary ( Kanada ).

3. Apatohsipiikani ( „Źle Wyprawione Okrycia” ( inaczej Polnocni Piikani, lub PeiganRezerwat Piikani ( Peigan) na zachód od Fort Macleod, w Poludniowej Albercie (Kanada ), kolo Fort Mac Leod

4. Kainai – Rezerwat Blood (Wielu wodzów)  na polnoc od Cardston, Poludniowa Alberta, na polnoc od Cardston (Kanada).

 

 

Tymczasem, robimy porządek, a w między czasie odwiedziają nas okoliczne pieski, które dotrzymują nam towarzystwa. Mocząc się co chwilę w cudownie chłodnej wodzie spędzamy bardzo przyjemne 2 dni odpoczywając psychicznie i fizycznie. Tego nam było trzeba!!

KOMU W DROGĘ… TEMU PUSTKA

Po ostatniej spokojnej, lecz chłodnej nocy wstajemy wcześnie, żeby wykręcić trochę kilometrów zanim słońce znów przypiecze. Ubrani w polary, czapki, trzesąc się z zimna zwijamy obóz. Termometr wskazuje ledwo 5*C. Na szczęście szybko się rozgrzewamy 23 kilometrowym wyjazdem z doliny. Uff dobrze, że machnęliśmy ten podjazd  rano. Dosłownie w ciągu kilku godzin krajobraz zmienia się nie do poznania. Mamy wrażenie jakbyśmy nagle przenieśli się na argentyńską pampę. Długie płaskie proste odcinki, a wokół jedno wielkie pole uprawne! Jak to ujął kolega: ,, jest tak płasko, że uciekającego psa widać przez 3 następne dni”. Wydawałoby się, że nie ma  nudniejszego krajobrazu do jazdy na rowerze, ale jednak  te przestrzenie i pustka mają w sobie coś urzekającego.  Z ulubioną muzyką grającą w uszach człowiek ma czas na zadumę, bez konieczności ciągłego podziwiania np. górskich krajobrazów i zatrzymywania się co rusz na fotkę. Najgorszy jest jednak upał…

Podróżowanie w takim miejscu sprawia, że trzeba się trochę bardziej przygotować pod względem logistycznym. Po wjechaniu do USA znikły wszechobecne w Kanadzie rzeki, a susza i upał sprawiają, że każdy dostęp do wody jest na wagę złota tym bardziej, że miejscowości oddalone są od siebie o dzień drogi na rowerze. Na szczęście tego wieczora udaje nam się dojechać do wręcz idealnego miejsca na nocleg – do jednej z nieliczych rzek , ok 20km od miejscowości Browning.  Cały dzień na słońcu sprawia, że do czystej, wręcz krystalicznej rzeki wskujemy bez zastanowienia!  Pod wieczór odwiedza nas miejscowa rodzinka Indian, którzy po przytwitaniu się od razu przechodzą do rzeczy pytaniem czy mamy alkohol albo coś mocniejszego 🙂 Na wiadomość o tym, że jesteśmy z Polski, młody gościu od razu kojarzy nas z Rosjanami i … z wódką.  Zadowolony, ochoczo stwierdza, że zaraz może przywieść jakąś butelczynę,  albo coś do zajarania 😀 Na szczęście przed zachodem słońca rodzinka się zwija zostawiając nam na odchodne 3 butelki wody i LÓD!!   Niby nic takeigo, ale dla nas to było jak wybawienie, tym bardziej, że woda w rzece nie nadawała się do picia ze względu na liczne pastwiska dookoła, a najbliższą miejscowość mielibyśmy dopiero w połowie następnego dnia.

Wcześnie rano budzą nas szmery i coś zbliżającego się do namiotu… Czyżby miejsowi Indianie wrócili z czymś na rozruch z rańca? 🙂 Nieco przestraszona otwiieram namiot wychylając się niepewnie  i patrzę , a wokół mnie  stado koni wcina w najlepsze trawę 🙂 Taki sielski krajobraz i klimat towarzyszy nam przez następne kilka dni.

Kilka dni póżniej, gdy emocje związane z nowym miejscem, krajem i widokami opadły, jazda nie była już  tak ekscytująca jak na początku. Pustka zaczęła nas coraz bardziej nużyć, a dzienną dniówkę poprostu ,,zaliczalismy” bez większego zainteresowania tym co jest po drodze.  Zawsze w takich momentach, żeby zabić czas na rowerze słuchamy audiobooków, które mamy przygotowane na takie okoliczności trasy. 

UPAŁ WYGRYWA..

Upały siegają codziennie ok 30*C w ceniu, a wokół nie ma ani grama cienia. W miejscowości Choteau upał wygrywa …  w pierwszym lepszym sklepie kupujemy duzy 3 litrowy termos, do którego ładujemy lód na drogę. W takich temperaturach na otwartej przestrzeni bardzo łatwo o udar cieplny, a dzięki naszemu nowemu nabytkowi skutecznie chłodzimy się na trasie.

Do naszego celu,  czyli Całkowitego Zaćmienia Słońca została jeszcze masa czasu, a do Idaho Falls – miejsca, gdzie przebiega pas zaćmienia mamy ok. 400km. Od dłuższego czasu zastanawiamy się , jak spożytkowac ten nadmiar czasu, który nam został. Los na szczęście wspiera nas na każdym kroku i pewnego pięknego dnia na naszej drodze pojawiają się Ela i Robert- Polacy mieszkający w Great Falls nad rzeką Missouri! Lepszych wakacjii i odpoczynku jak właśnie u nich nie mogliśmy sobie wymarzyć!! Leniwy odpoczynek w chłodnej basenowej wodzie, spływy rzeką Missouri, długie spacery po okolicy i co najważniejsze WSPANIAŁE towarzystwo!! Po 2 niesamowitych tygodniach z łezką w oku żegnamy się z Elą i Robetem- ale nie na dłygo. Udało nam się ich namówić na przyjazd do Idaho Falls i wspólną obserwację Całkowitego Zaćmienia Słońca, które już niebawem. My tymczasem po lenistwie ruszamy do jednego z bardziej znanych miejsc w USA- Parku Narodowego Yellowstone 🙂

namiotnaszdom1

CZEŚĆ! Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży. W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *