Nocleg pod namiotem na Salar del Uyuni

Mieliśmy wrażenie ze czegoś nie dokończyliśmy i jeśli nie zrobimy tego teraz,  może nie będzie już okazji.  Postanowiliśmy, więc po raz kolejny stanąć oko w oko z naszym oprawcą,  który 8 miesięcy temu dał nam ostro popalić….  http://namiotnaszdom.com/?p=1949  czyli Salar del Uyuni.

Z Challapaty  ruszyliśmy w znajomą już dla nas trasa w kierunku Salinas de Garci Mendoza.  Pierwsze dwa dni jechało się koszmarnie,  organizm zapomniał co to jazda tak ciężkim rowerem już  nie wspominając o wysokości, która dawała się we znaki. Jesteśmy przecież ponad 3.000 mnpm, a organizmy potrzebują jeszcze dobrych 2 tygodni , żeby się zaaklimatyzować.  Byle jaka górka sprawiała, że człowiek dyszał jak stary parowóz.  Na złość,  drugiego dnia 30km przed Salinas urwał się asfalt pozostawiając nam znaną ,, tarkę”.

 

Mała, szara, zakurzona miejscowość przywitała nas gorącymi okrzykami dzieci : ,,GRIIIINGOOOOS!! ” .  Gdy głodni wciągaliśmy  kurczaka w parku  podeszła do nas grupka dziewczynek.  Jedna z nich bez żadnego skrępowania zdjęła mi z głowy okulary i zdaniem twierdzącym stwierdziła że to prezent dla niej…. Ojjj chyba Salar del Uyuni jest już blisko bo turystów traktuje się tu jak złote małpy w klatce…

dsc05076

Na drugi dzień z ulgą opuściliśmy ta miejscowość i tego dnia wjechaliśmy w objęcia prawdziwej Boliwii.  Naturalnej,  dzikiej,  nieobliczalnej,   gdzie królują bezdroża, a całą trasę urozmaica nam piękno wulkanu Tunupa 5432mnpm,  który Marcin zdobył 8 miesięcy temu .

image

Tego tez dnia naszym oczom ukazała się niekończąca się biel Salaru del Uyuni… Cieszyliśmy się jak dzieci nie wierząc jednocześnie, że znowu tu jesteśmy, tym razem porą suchą.  To miejsce przyciąga jak magnes!

 

Mieliśmy nadzieję że uda nam się coś zjeść w ostatniej miejscowości przed wjazdem na Salar, ale pani z jedzonkiem chyba bardzo nie lubiła białych bo za małą porcję Mo Mo mięsa z makaronem i ziemniakiem policzyła sobie  cenę ze 200% przebitką, oczywiście targowaliśmy się na maxa schodząc do ceny prawidłowej 🙂

 

SÓL POD KOŁAMI

Tak jak wspomniałam , jesteśmy na Salarze po raz drugi i tym razem porą suchą.

 

 

Nareszcie mogliśmy na maxa chłonąc ta dziwną  solną krainę śpiąc pod naszym namiotem.  ciężko jest w takim miejscu wbić śledzie bo warstwa soli jest bardzo twarda, ale ma się głowę na karku i przed wjechaniem na Salar zabraliśmy z lądu kamień.  Przepiękny zachód słońca w tak niezwykłym miejscu, to właśnie takie momenty ładują nasze akumulatory żeby jechać dalej.

image

image

Widok nocnego nieba z gwiazdami byl niesamowity. Drugiego dnia słońce w pełni i biel otoczenia aż nabawało mega optymizmem do dalszej jazdy. Po 40 km zupełnej pustki pokazała się wyspa z maaaasa autobusów i jeepow.  To znana wyspa kaktusowa… niestety więcej było na niej turystów niż kaktusów.. .  25km przed naszą docelową miejscowością  po drugiej stronie Salaru Marcin dostrzegł wyspę,  a że mieliśmy jeszcze trochę zapasu wody postanowismy zatrzymać czas i poczuć się trochę jak rodzinka Robinsona Cruise na własnej,  osobistej wyspie kaktusowej z dziką jaskinia w której odpoczywaliśmy całe popołudnie .

image

Następnego dnia po następnych 40 km, dojechaliśmy do wioski na skraju jeziora.. a raczej paru opuszczonych hoteli z soli i co najważniejsze kranu z wodą.  prysznic,  pranko i gotowanie na całego po paru dniach,, mycia się,,  mokrymi chusteczkami.  Mini cywilizacje spotkaliśmy dopiero 20km dalej w miejscowości Colca K.  ale żeby tam dotrzeć  musieliśmy przejechaliśmy  chyba najgorsza drogę w całej naszej rowerowej karierze.  przejechanie tych 20km zajęło nam długie 5godzin!!! droga nie dość ze była rozjechana przez jeepy to jeszcze składała się z wielkich kamieni po których porostu jechać się  nie dało….  ale na szczęście otwartość,  życzliwość i ciepło mieszkańców Colca K zrekompensowało nam wszystkie niedogodności.  wspaniali i naturalni ludzie zakończyli przygodę z Salar de Uyuni  i rozpoczęli jednocześnie następną….  wyprawę do parku Narodowego Eduardo Avaroa

image

 

 

namiotnaszdom1

CZEŚĆ! Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży. W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

4 komentarze

  1. Skarpetianin napisał(a):

    Czyta się z wypiekami na twarzy, czekając na następny wpis.

  2. W Duecie po Świecie napisał(a):

    Czytaliśmy Waszą relację z Boliwii w marcowym Rowertourze i byliśmy pod wrażeniem Waszej solnej przygody. Trzymamy kciuki za dalszy ciąg podróży i czekamy na relacje z kolejnych zakątków Ziemi! Pozdrawiamy ciepło 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *