Dużo wody na pustyni – Glen Canyon i Jezioro Powell (Arizona)

Nie mamy siły, skwar leje się z nieba, który wysysa z nas całą energię. Głównie ja, na samą myśl jazdy przez kilka dni przez te wysuszoną krainę dostaje lenia. Niby jesteśmy zaaklimatyzowani i przyzwyczajeni do upałów, lecz granice ludzkiej wytrzymałości już dawno zostały przekroczone. Nie ma mowy, żebyśmy jechali rowerami, tym bardziej, że przed nami niezły podjazd i wyjazd z Doliny Monumetów. Ale tląca się jeszcze siła walki zmusza nas do działania i postanawiamy spróbować… najgorsze to się rozleniwić, wtedy każda byle jaka przeszkoda wzrasta do niebywałych wielkości. I tak jest i tym razem, po 23 kilometrach i dojechaniu do miejscowości Kayenta dziękujemy rowerom za przejażdżkę. Po drodze mijamy tablicę informującą, że znajdujemy się w nowym stanie – Arizona. Opustoszałe miasteczko sprawia wrażenie wymarłego i odstrasza już na dzień dobry, a upał zmusza nas do szybkiej ewakuacji do klimatyzowanego Mc’Donaldsa w którym zmęczeni odpoczywamy dość długo.

STOPEM NA PACE

Nie mamy zupełnie ochoty jechać dalej, morale opadają, a przed nami niezbyt optymistyczna wizja drogi przez pustynne rejony i do tego w większości pod górkę. Na jednej ze stacji benzynowej zagaduje do przyjaźnie wyglądającego Indianina, który jak się okazuje jedzie w odwiedziny do mamy w naszym kierunku i podrzuca nas 150km w kierunku miasta Page. Autostop, nawet rowerowy działa naprawdę super w USA. Co drugi kierowca jeździ dużym pick-upem na którym bez problemu mieszczą się nasze rowerowe ciężarówki. Podczas jazdy Indianin rozkręca się i co rusz pokazuje nam miejscówki w których można zaopatrzyć się a to w piweczko, a to inne rodzaje wyskokowych używek. Tam znajomy pędzi bimber, tam można kupić tanie papierosy z Meksyku, a no właśnie… na granicy z Meksykiem za 20 $można sobie wynająć Meksykankę na całą noc 🙂 w takich klimatach mija nam 2 godzinna podróż 🙂 Niestety,  jego mama mieszka na przysłowiowym ,,zadupiu”. Oprócz walącej się stacji benzynowej nie ma nic. Bierzemy wodę i postanawiamy pojechać dalej rowerami. Lecz z takim fatalnym nastawieniem kapituluje przy pierwszym podjeździe. Łapiemy kolejnego pick-up z rodziną Indian jadącą akurat do naszego celu- miasta Page. Razem z rowerami wskakujemy na pakę i pędzimy autostradą wprost do miasta. Jadąc z wiatrem we włosach 100km/h przypominają nam się beztroskie czasy w Ameryce Południowej, gdzie raz po raz podwoziliśmy się na pakach aut i dachach ciężarówek 🙂

Page to dość sporych rozmiarów miasto, gdzie kwitnie turystyka. Pierwsze co, kierujemy się tradycyjnie do Walmart po pieczonego kurczaka i zimną Coca Colę 🙂 najedzeni mamy w planach nocleg na jakimś polu namiotowym lecz niestety, ceny są zaporowe… 28$ to trochę za dużo, chociaż marzymy o prysznicu, musimy szukać czegoś innego.

Horseshoe Bend – końska podkowa

W Google Maps znajdujemy jakiś parking z wiatką dosłownie kila kilometrów za miastem, do którego docieramy chwila moment w momencie zachodu słońca. Jesteśmy w szoku bo parking zastawiony jest setką aut i ludzi! Nie wiemy o co chodzi, ale gdy tylko słońce zachodzi ludzie zaczynają się rozjeżdżać i w ostateczności zostajemy sami. Wspinamy się kila metrów na górę do wiatki, rozwieszamy hamaki i idziemy spać. Rano ludzie znów zaczynają się schodzić. Gdy zaspani otwieramy oczy, dopiero dowiadujemy się gdzie jesteśmy!

W tym miejscu rzeka Kolorado płynąca w kanionie Glen Canyon zakręca i zawijając się o 270° tworząc przepiękny punkt widokowy uwieczniany na setkach fotografii, które można znaleźć w magazynach podróżniczych. Wschód słońca prezentuje magiczne zestawienie kolorów. Niebieskie niebo, zieleń nielicznych roślin na górze i lasku na dole, czerwień i pomarańcz ścian, żółty piasek pustyni i zielono-niebieska woda Kolorado. Znając nadopiekuńczość Ameryki i rozgarnięcie wielu turystów o dziwo brzeg kanionu nie jest w żaden sposób zabezpieczony! siadając na brzegu czułam strach. Pod moimi bezwładnie zwisającymi nogami była ponad 300 metrowa przepaść!! widząc niepewnie poruszające się po brzegach kanionu chińskie turystki,  wyginające się na wszystkie strony w celu zrobienia dobrego selfika, miałam serce w gardle 🙂

 

Niby normalne zdjęcia, lecz jest w nim coś dziwnego…

GWAZDY! Fotka zrobiona w nocy, a kanion podświetlony jest przez księżyc w pełni!

 

JEZIORO POWELL – WODA POŚRODKU PUSTYNI

Mimo, że jest wcześnie rano, słońce z każdą minutą zaczyna palić coraz mocniej, marzymy o kilkudniowym odpoczynku, gdzieś w chłodnym miejscu lub chociażby w cieniu drzewka. Patrząc na mapę od razu w oczy rzuca nam się ogromny zbiornik wodny tuż przy mieście Page, dosłownie rzut beretem od miejsca w którym jesteśmy. Długo nie trzeba nas namawiać, wracamy więc do Page, robimy zapasy jedzenia i jedziemy prosto w dół do Jeziora Powell. Nieopodal  na rzece Kolorado  zwiedzamy drugą co do wielkości w USA zaporę betonową Glen Canyon. To dzięki niej powstało jezioro Powell plasując się na drugim  miejscu pod względem wielkości rezerwuarem wodnym w Stanach Zjednoczonych zaopatrując w ten drogocenny płyn trzy stany Nevadę, Arizonę i Kalifornię. Jednak ze względu na kilkuletnie susze objętość Powell zmniejszyła się o ponad połowę. Jeżeli nie zostaną podjęte żadne kroki prowadzące do złagodzenia efektów zmian klimatycznych, to woda może całkowicie stąd zniknąć.

Powell  to jedne z najpopularniejszych miejsc wypoczynku w Stanach Zjednoczonych. Po wodach sztucznego jeziora można popływać statkiem lub kajakiem, a przy brzegach znajdują się przystanie, w których cumują barki mieszkalne. Oprócz tego w okolicach jeziora znajduje się kilka pól namiotowych, a dla bardziej wymagających , hotele. jest to park stanowy, więc wstęp jest płatny, lecz dzięki karcie Anual Pass wjeżdżamy za darmo.

Przez dwa kolejne dni moczymy się w czystej i chłodnej wodzie pijąc zimne piwko i leniąc się na maxa. Tego było nam trzeba i marzyliśmy o tej chwili przez kilkadziesiąt poprzednich dni. Kto by pomyślał, że taki wodny raj znajdziemy tutaj, pośród wyschniętej pustyni w Arizonie!

 

namiotnaszdom1

CZEŚĆ! Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży. W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *