Dwa oblicza Parku Narodowego Eduardo Avaroa

Żadne z dotychczasowych miejsc na świecie do których udało nam się dotrzeć na rowerach nie wymagało od nas tyle siły fizycznej i psychicznej co położony na południowych krańcach Boliwii Park Narodowy Eduardo Avaroa.

Zozumieliśmy to już pierwszego dnia.  Codzienna walka ze słabościami,  zimny silny wiatr,  temperatury spadające w  nocy do – 15*C, słońce palące nasze twarze w dzień,  wysokości sięgające 4928mnpm!!, brak wody oraz fatalna!!! nawierzchnia przystosowana  dla jeepów 4×4 , a nie obciążonych rowerów. Kamienie,  tarka,  piach,  żwir…. i tak na zmianę.  Ale z drugiej strony żadne z miejsc na świecie nie dostarczyło nam tylu pozytywnych emocji,  przepięknych nienaturalnych widoków, białe zielone i czerwone jeziora,  góry w najdziwniejszych odcieniach piasku i czerwieni. Do tego flamingi, gorące źródła, wulkany i gejzery…  płakaliśmy na zmianę  z fizyczno-psychicznej bezradności i zachwytu nad pięknem tej krainy.

dsc05368

dsc05343

Dzień 1

Ruszamy leniwie z ostatniej cywilizacyjnej ostoi San Juan , gdzie pierwszy raz mamy okazję spać w solnym hotelu.  Wszystko,  dosłownie wszystko zrobione jest z soli.  Bardzo ciekawe doświadczenie.

image

image

Ale zanim wyruszamy w trasę,  cały poranek krążymy po wiosce w poszukiwaniu chleba i ostatnich zakupach. Przed wjechaniem na tę część Altiplano trzeba zaopatrzyć się w jedzenie i co najważniejsze –  większe zapasy wody!  Z relacji innych rowerowych podróżników,  woda dostępna jest średnio co 3-4 dni , ale tego tez nie można być w 100%pewnym, przecież Avaroa to bezludna pustynia! W jedynym dostępnym lokalnym kraniku z wodą zabieramy maksymalna ilość tego drogocennego płynu.

image

Już od początku wiatr dyma w twarz. A jak! Jedziemy z ledwością,  a gdy wjeżdżamy na Salar de Chiguana wiatr  napędza się jeszcze bardziej i co rusz próbuje zwalić nas z rowerów.  Po 38km wygrywa… Na szczęście jak na zawołanie pojawia się kwatera wojskowa i opuszczona stacja kolejowa na której spędzamy noc. Co za ulga, że chronią  nas ściany ponieważ  na zewnątrz rozpętało się istne tornado!

image

image

Dzień 2

Wstajemy o 4 rano.  Chociaż temperatura – 6*c nie zachęca do wyjścia ze śpiwora.  Ale trzeba nadrobić trochę trasy,  tym bardziej że wiatr jeszcze się nie rozkręcił.  Trudy takiego wczesnego wstania rekompensuje nam przepiękny i wielobarwny wschód słońca, który napędza do jazdy.

Przed nami niewielka przełęcz, tylko 540metrow w górę,  ale ta mała górka okazuje się być początkiem fizycznego koszmaru jaki serwuje PN Eduardo Avaroa. Ze średnią prędkością 3-4km/h pchamy ciężkie rowery przez grząski piach i kamienie. Jesteśmy wyczerpani,  a pod  nosem kłębią się niezliczone ilości niecenzuralnych słów, gdy co chwila rower zsuwa się do rowu. Późnym popołudniem udaje nam się zdobyć szczyt 4200mnpm i parę metrów niżej za kamieniem rozbijamy namiot z widokiem na wulkan. Czujemy  wielką ulgę i z przyjemnością zakopujemy się w ciepłe śpiwory.


image

image

Dzień 3 – …

Kolejne dni wyglądają podobnie – pobudka, gdy tylko słońce ogrzeje ściany namiotu i temperatura jest znośna żeby opuścić ciepły śpiwór.  Na tej wysokości potrafi przymrozić  -10*C to normalka.  Później rozmrażanie wody na kawę,  przygotowanie śniadania i w drogę.  Każdy wymęczony kilometr jest walką i  zastanawianiem  się ,, co my tu k…  robimy??!! ”  normalni ludzie siedzą sobie w ciepłym mieszkanku pijąc herbatkę i wcinając ziemniaki ze schabowym.  a my?? przez cały dzień meczymy 30km ciągnąc rowery po piachu,  przewracając się w głębokim żwirze i  jedząc byle co. Ale na szczęście raz na jakiś czas dostawaliśmy w nagrodę wynurzające się zza rogu kolorowe laguny z różowymi flamingami np.  Laguna Canapa która urzeka nas już od pierwszego spojrzenia!

dsc05167
image

image

image

dsc05129

image

dsc05178

OBJAWY CHOROBY WYSOKOŚCIOWEJ

Od wielu dni przebywamy na wysokości powyżej 3000mnpm wznosząc się każdego dnia coraz wyżej. Podróżując rowerami mamy ten przywilej, że łatwo i powoli aklimatyzujemy się do wysokości. Oczywiście żujemy regularnie liście koki, które są lekiem na wszystko i niwelują objawy choroby wysokościowej. Bez nich ani rusz gdziekolwiek.  Czwartego dnia Marcin od rana czuje się osłabiony,  jakimś cudem przejeżdżamy dzienny maraton 30km…  ale na tym koniec,  organizm Marcina kapituluje następnego dnia. Bolą go płuca, ma problem z oddychaniem, pomagam mu pchać rower bo jest mu naprawdę ciężko. Nigdy nie widziałam go w tak paskudnym stanie. Na nasze szczęście parę kilometrów dalej znajduje jedna z dwóch cywilizacji w Parku Narodowym – Hotel del Deserto położony na środku pustyni.  Pracownicy hotelu dają schronienie, które chroni przed wiatrem, mamy tam łóżka, łazienkę w której możemy się umyć i odpocząć w cieple. I to o dziwo za darmo!!

image

Kiedy Marcin się kuruje,  ja w tym czasie biorę się z wypieki.  Jeszcze w San Juan  kupiliśmy kilo mąki. Wystarczy dodać trochę  wody,  mleko w proszku,  wyrobić ciasto i sruu na patelnie.  Naleśniczki  jak ta lala,  z dżemem  smakują wybornie. Na szczęście po dwóch dniach Marcin dochodzi do siebie i możemy jechać dalej.

image

image

REKORD REKORDÓW POBITY!!

za Laguna Colorada droga nagle zaczyna piąć się wysoko wysoko do góry. Ruszamy wcześnie rano z nadzieją, że  zaliczymy podjazd na raz.  Ale niestety w Parku Narodowym Eduardo Avaroa rowerzysta niczego nie może być pewny.

Sam dojazd do początku przełęczy,  który liczy tyko 15km to jeden wyjeżdżony żwir…  Koszmar,  który trwa  cały dzień konczy się na szczęście w bardzo miłym towarzystwie Francuza,  który podróżuje jeepem i nocuje w tym samym miejscu co my.

image

Mmmmmm wyposażenie jego lodówki jest najlepszą nagrodą za całodzienny trud 🙂  ciepła zupa,  spaghetti i cały słoik masła czekoladowego  🙂  Następnego dnia docieramy na szczyt naszych szczytów.  4928mnpm to jak na razie najwyższy punkt w jakim znaleźliśmy się na rowerach

 

JAK NA MARSIE

Rezerwat trzyma nas w ciągłym zachwycie nad nieziemskością krajobrazów.
Kolejne dni to mieszanka gejzerów Sol de Manana i pustynia Salvadora Dali – miejsce występowania surrealistycznych skalnych form,

dsc05393

dsc05228

dsc05292dsc05378

Skalne  drzewa wyrzeźbione przez siłę wiatru, wulkany i gorące źródła! Nie możemy sobie odmówić kąpieli,  zresztą pierwszej od paru dobrych dni 🙂 Gorąca woda regeneruje nasze siły naruszone w poprzednich dniach, ale także do końca wysysa z nas energię. Nie mamy siły ani ochoty wychodzić z wody o temperaturze około  30*c , tym bardziej, że na zewnątrz jak to na wysokości ponad 4000 mnpm mrozik.  W miejscu gorących źródeł znajduje się hostel,  niestety zarezerwowany głównie dla zorganizowanych jeepowych  wycieczek,  a nie indywidualnych turystów których w tym miejscu jest garstka. Ale na szczęście obok w trakcie budowy jest drugi hostel i dostajemy pokój za pół darmo, 🙂 wcześnie rano wstajemy  z trudem. Jest strasznie zimno, a my czujemy się jakby struci.  W celu rozgrzewki wskakujemy w stroje kąpielowe i biegniemy do gorącego źródła!! Jesteśmy sami,  zanurzeni po same uszy w gorącej wodzie,  a przed nami magiczny obraz wychodzącego słońca.  To był strzał w 10!!! Około godziny 8  zaczynają napływać jeepy z turystami i nagle wokół nas robi się baaaardzo  tłoczno.  Na do widzzenia uzupełniamy wodę w hostelowej  kuchni i dostajemy od miłej Boliwijki z długimi warkoczami całą reklamówkę świeżych placków!!!  Kocham tych ludzi!

image

image

Wśród tych wszystkich cudów natury nie jesteśmy oczywiście sami. Codziennie mijają nas dżipy z kierowcami, kucharkami, zapasami jedzenia i turystami,  którzy płacą około 150$ za trzy dniową  wycieczkę po Salar del Uyuni  i Parku Narodowym.  Rowerzysta musi liczyć na siebie. Ale coś za coś. Cyklista może się cieszyć nieograniczoną wolnością odkrywania uroków okolicy we własnym tempie i w samotności.  Jeepy często zatrzymują się proponując wodę itp. będąc przy okazjii  nie lada atrakcją 🙂   Dodawaje nam to nie lada motywacji  w walce ze sobą na tych bezdrożach.

image

,,DROGI „

Tego się nie da opisać…to trzeba przeżyć na własnym tyłku

 

image

image

image

image

dsc05129

Po 10 naprawdę trudnych pod względem fizycznym i psychicznym docieramy do Boliwijskiej budki migraciones. Jesteśmy niesamowicie szczęśliwi, ze kończy się to piekło, a  tuż za rogiem czeka na nas gładziutki  chilijski asfalt którym przez 42km zjedziemy wprost do turystycznej przystani – oazy San Pedro De Atacama… ale w głębi ducha z doświadczenia wiemy,  że tam gdzie zaczyna się asfalt kończą się przygody….  i tak też jesttym razem…

Park Narodowy Eduardo Avaroa  był słodko gorzkim doświadczeniem, które zapamiętany do końca życia.

image

image

image

image

image

Info praktycznie

-po drodze jest parę punktów w których można uzupełnić wodę,  coś zjeść i się przespać.  Bardzo przydatna mapka znaleziona w internecie

image

–  bilety można kupić w dwóch miejscach w zależności od której strony wjeżdżamy
– od strony Boliwii w miejscu laguny Colorada – później bilety sprawdzane są ponownie w miejscu wjazdu do PN przy Lagunie Verde obok hotelu
-i odwrotnie jeśli wjeżdżamy od strony Chile
Cena biletów 150 boliwianów,  ważny 4dni.
Tak między nami…  dziennie przewija się przez PN masa zorganizowanych wycieczek i to na nich skupia się cały zarobek.  My nie wiedzieliśmy ze przy Lagunie Colorada trzeba kupić bilety i przejechaliśmy tylko zadowoleni obok budki.  Na domiar wszystkiego ostatniego dnia poprosiliśmy o nocleg w pomieszczeniu przy Lagunie Verde,  gdzie sprawdzane są bilety 🙂 Nikt nas nie ścigał,  nikt nas nie sprawdzał… najciemniej pod latarnią-  jak powiadają 🙂

dsc05243

namiotnaszdom1

CZEŚĆ! Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży. W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

9 komentarzy

  1. justabrr napisał(a):

    Ach! Bo trudno i Aaaach! bo pięknie 🙂 Zdrowia i sił życzymy na dalsze cuda.

  2. Jadwiga Koprowska napisał(a):

    Dario i Marcinie! Jestem Waszą fanką i pełną zachwytu czytelniczką. Baaaardzo dziękuję za wszystkie wpisy, zdjecia, za pełną emocji relacje, za każde info, z którego pewnie nie skorzystam, bo to nie na moje siły i nogi:) Oczyma wyobraźni podążam za Wami. Trzymam kciuki za dalsze przygody….Jagoda Koprowska

  3. boliviainmyeyes napisał(a):

    PoLocos!To okreslenie pasuje do was doskonale:) Ale mieliscie wrazen!

  4. Skarpetianin napisał(a):

    Fascynujący opis, hart ducha, niezwykłe, pozostające w pamięci doznania. Pisz, kiedy tylko możesz bo z czasem wspomnienia blakną, „Gwiazdo Atacamy”(to po obejrzeniu zdjęcia z Tobą w roli atrakcji turystycznej) Hahaha

  5. Jacek Dec napisał(a):

    Chylę czoła przed hartem ducha i zazdroszczę tego szaleństwa. My jesteśmy nieco mniej szaleni (choć są momenty, że nie mam co do tego pewności) i Park Eduardo Navaroa chcielibyśmy pokonać polskim samochodem Żuk. Zaczynamy naszą podróż po Ameryce Południowej już za miesiąc. Do Atakamy dotrzemy pod koniec lutego. Planujemy wjechać do Parku od strony San Pedro de Atacama i dojeżdżając do Drogi Nr 701 skierować się w kierunku San Cristobal, i dalej do Uyuni. Będę bardzo wdzięczny za wszelkie podpowiedzi, opinię o przejezdności dróg, a szczególnie za uczciwą ocenę czy takie przedsięwzięcie jest w ogóle wykonalne…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *