Wielki Kanion Kolorado (Grand Canyon) wschód i zachód słońca!

Wielki Kanion jest jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie i  niesamowitym dziełem przyrody. To wyjątkowe miejsce co roku odwiedza prawie 5 milionów turystów, by na własne oczy zobaczyć jeden z naturalnych cudów świata.

Po dojechaniu do miejscowości Cameron, nagle wśród niczego wyrastają sklepy z pamiątkami i ,,ręcznymi” wyrobami miejscowych Indian. Znajdujemy się tu w odpowiednim czasie, ponieważ dosłownie parę minut później okolica zmienia się nie do poznania. W ciągu chwili wszystko wokół przybiera szarych barw, zrywa się silny wiatr przywracając śmietniki, a nad naszymi głowami przechodzi potężna burza! Pioruny walą, a my z uśmiechami na twarzy cieszymy się jak dzieci z pierwszego od dawien dawna deszczu :):)  Po 10 minutach wszystko wraca do normy. Przed nami decyzja, albo szukamy miejsca do spania w turystycznej miejscowości Cameron, albo zaczynamy podjazd w kierunku Grand Canyon. Temperatura spadła o kilka kresek w dół, więc postanawiamy jechać.

UWAŻAJCIE NA KOJOTY!

O noclegu pomyślimy później. Na trasie zatrzymuje nas miejscowy Indianin. Na koniec ostrzega przed kojotami i ludźmi, którzy lubią sobie wypić coś mocniejszego , a później szukają zaczepki. Wspomina o opuszczonych barakach ,gdzie kiedyś sprzedawano pamiątki. Jest do nich niedaleko, bo tylko 2 mile i tam możemy się zatrzymać na noc. I tak faktycznie jest. Rozbijamy namiot za ladą chroniąc się dzięki temu przed wiatrem, który rozhulał się na dobre. W środku nocy wstaję na siusiu, świecąc latarką w poszukiwaniu dogodnego miejsca widzę kilka błyszczących par oczu krążących dość blisko naszego namiotu. To kojoty… na szczęście hałas i kilka kamieni rzuconych w ich stronę przepędziło zgraję. Lecz i tak nie śpimy dobrze, mimo że uciekły to pół nocy słychać ich wycie gdzieś w oddali.

Wstajemy bardzo wcześnie , zanim słońce zacznie znów palić utrudniając nam podjazd. No właśnie, dziś czeka nas podjazd do południowej krawędzi wielkiego Kanionu Kolorado na wysokość 2267 mnpm. Na szczęście warunki atmosferyczne sprzyjają. Wiatr w plecy i temperatura 20*C pomagają niesamowicie i 5 godzin później po wdrapaniu się na górę w Desert View naszym oczom ukazuje się potężna dziura, którą stworzyła rzeka płynąca jej dnem – Kolorado. Na ścianach Wielkiego Kanionu można wyczytać całą historię tego miejsca oraz procesy geologiczne , które zaszły w tym rejonie przez miliony lat.

Kanion Kolorado jest naprawdę ogromny i robi wrażenie, ale jest jedno ALE… skały o tej porze dnia (popołudnie)  są po prostu blade, bez wyrazu, a warunki do fotografowania kiepskie, a przecież Kanion Kolorado to m.in widoki które zapierają dech w piesiach i niezwykłe wschody i zachody słońca. Z niecierpliwością czekamy więc na najważniejsze części spektaklu siedząc całe popołudnie pod Visitor Center.

,, ZOBACZ, MA TAKIE SAME SANDAŁY…” 🙂

Raz po raz któreś z nas znudzone siedzeniem idzie popatrzeć trochę na kanion. W pewnym momencie słyszymy głos w znajomym języku : ,, zobacz na niego, ma takie same sandały i krótkie spodenki. Mówiłam żebyś je założył…” Tekst skierowany był w Marcina kierunku 🙂 i tak poznajemy Maćka i Jole mieszkających w Colorado Springs.  Od słowa do słowa gadu gadu pada tekst ,,Słuchajcie jutro jedziemy do Las Vegas! Jedziecie z nami?” Od dawna myśleliśmy jak przeskoczyć ten kolejny morderczy odcinek nudnej i gorącej jak patelnia pustyni. Od kilku dni, świadomość jazdy przez ten wysuszony rejon spędzała mi sen z powiek. Marcin codziennie powtarzał mi, żebym się nie martwiła, jakoś problem się rozwiąże. I tu ni z tąd ni z owąd rozwiązanie znajduje się w najmniej oczekiwanym momencie. Umawiamy się więc kolejnego dnia w Grand Canyon, gdzie Jola i Maciek śpią w hotelu, a my tymczasem podekscytowani do granic możliwości jedziemy 20 km dalej do Grandview Point. Zachód słońca pocztówkowy, ale dopiero ranek serwuje nam naprawdę wspaniały pokaz natury!

BURZA! POBUDKA!

Zaszywamy się na noc w lesie tuż przy punkcie widokowym. W nocy budzi nas coraz silniejszy wiatr. Drzewa wokół bujają się coraz mocnej i mimo, że jesteśmy osłonięci, namiotem szarpie jak cholera. Na niebie kłębią się coraz ciemniejsze chmury które raz po raz rozbłyskują. Postanawiamy szybko się zwinąć i ukryć się w toalecie przy miejscu widokowym. To była dobra decyzja. Docieramy na miejsce w ostatnim momencie zanim rozkręca się dość pokaźna burza. Czekając przemoczeni na wschód słońca nie oczekujemy żadnego efektu WOW … Martwiąc się tylko, czy zdążymy dotrzeć na czas do Joli i Maćka, tkwimy zziębnięci pod kiblem. Po godzinie deszcz przestaje padać, chmury rozmywają się, a słońce zaczyna wyłaniać się zza brzegów kanionu ukazując naprawdę przepiękny widok! Myśląc, że to koniec zbieramy się czym prędzej, bo do przejechania mamy ok.20 km. Lecz to nie koniec przedstawienia! Z nieba znów zaczyna padać deszcz, a na tle Kanionu Kolorado wyrasta najpiękniejsza tęcza jaką kiedykolwiek widzieliśmy w życiu! Ostra, wyraźna, kolorowa, zawijająca się w głąb kanionu tworzy prawie 360* okrąg! Coś niesamowitego! Ludzie wokół stanęli jak wryci i z otwartymi buziami gapili się jak zaczarowani! Widok, który roztaczał się przede mną był tak niesamowity!  Wpatrywaliśmy się w otaczająca przestrzeń przez kilkanaście minut zachwycając się  intensywnością kolorów i grą świateł!

Mamy jeszcze 2 godziny do spotkania, więc czem prędzej ruszamy do miejsca docelowego, gdzie mamy się spotkać z Jolą i Maćkiem. Natura jest jednak nieugięta i serwuje nam serię podjazdów z deszczem i silnym bocznym wiatrem. Załamani walczymy… Nie zdążymy… Zdążymy…Damy radę… Nie damy… Najgorsza jest świadomość, że ktoś tam będzie musiał na nas czekać, a my obiecaliśmy.

Po kilku kilometrach słyszymy trąbienie, a drogę zajeżdża nam auto. To Jola i Maciek! Widzieli co dzieje się za oknem i postanowili wyjechać nam na przeciw! Kochani! Wrzucamy rowery do bagażnika i czujemy ulgę 🙂 W pokoju hotelowym bierzemy porządny prysznic, a później idziemy zjeść solidne śniadanie do bufetu. Powiem szczerze, że dawno nie jedliśmy takich smakołyków, ani nie czuliśmy tak dobrze jak w tamtej chwili. Ludzie spotkani na trasie, w różnych zakątkach na Ziemi to Anioły, które czuwają nad nami w trudnych chwilach! Po regeneracji i ubraniu czystych ciuchów pakujemy manatki i ruszamy w stronę Las Vegas – autem. 🙂 Już po kilku kilometrach wiemy, że to była najlepsza decyzja. Pustynny żar i bezdroża centralnych Stanów Zjednoczonych porą letnią to  nie jest dobre miejsce dla rowerowego obieżyświata, tym bardziej takiego przeoranego jak my 🙂

 

namiotnaszdom1

CZEŚĆ! Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży. W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *