Park Narodowy Canaima i przeklęty kilometr 88…

Chcieliśmy inaczej… ale los postanowił zrobić po swojemu i pokierował nas do Wenezueli.  Obawialiśmy się bardzo tego kraju, który przechodzi teraz bardzo trudny okres.  Zmiana prezydenta,  ogromna inflacja,  spadek cen ropy z której to  dotychczas żył cały kraj,  pozamykane granice z Kolumbią ze względu na liczne przemyty,  brak podstawowych produktów spożywczych.  Żeby tego było mało do duża przestępczość i kradzieże, które są tu na porządku dziennym. Wjechaliśmy do Wenezueli jak na skazanie,  czuliśmy się jakbyśmy mieli już z niej nie wyjechać….

p2210048.jpg

PARK NARODOWY CANAIMA

Emocje trochę opadły gdy wjechaliśmy do Parku Narodowego Canaima,  który to zaczyna się zaraz po przejechaniu granicy Brazylijsko-Wenezuelskiej.  Park obejmuje wysoki płaskowyż w północnej części Wyżyny Gujańskiej (1500–2000 m n.p.m.), ponad którym wznoszą się płaskie góry stołowe (tepui). Do największych należą Auyán, Roraima, Cuquenan i Acopan.   Temperatura w przeciwieństwie do tej w Brazylii była o 20*c niższa i komfortowa, nareszcie po upałach mogliśmy odsapnąć.  Na horyzoncie pojawiły się góry,  a my poczuliśmy wewnętrzny spokój.

W Parku Narodowym miejsca pod namiot nie brakuje.  Liczne strumyk,  wodospady i miejsca przygotowane dla namiotów aż proszą się żeby zostać na noc.

Oprócz tego wspaniali ludzie…. w momencie przekroczenia granicy z Wenezuela nareszcie na twarzach  pojawiły się szczere uśmiechy,  pozdrowienia i chęć rozmowy. Po przejechaniu Amazonskiej części Brazylii, Brazylijczycy już do końca życia kojarzyć mi się będzie z mega gburami. Bardzo nieufni, mało rozmowni, wzrok  wlepiony w ekran telefonu albo uciekjący gdziekowiek, byle tylko nasze spojrzenia się nie spotkały.

Kilometr 88

Pewnego dnia słońce przygrzało mocnej,  a silny wiatr w twarz nie odpuszczał.  Nagle na poboczu zatrzymało się auto i wysiadło parę osób.  Co za pozytywni ludzie, oczywiście Wenezuelczycy 🙂  poczęstowali nas zimnym piwem, które spragnieni wypiliśmy prawie duszkiem, a w takich okolicznościach smakowało wybornie. Uzupełniliśmy u nich wodę,  a że mieli też lodówkę dostaliśmy zapas lodu.

-„Uważajcie na miejscowość Kilometr88, jest tam bardzo niebezpiecznie,  miasto położone przy kopalni złota, gdzie rządzi jedna wielka mafia,  w razie czego możemy was przewieźć samochodem ” – powiedzieli zgodnie.
– ,,eeee”  stwierdziliśmy,  że przesadzają trochę i podziękowaliśmy grzecznie.

Parę dni zajęła nam jazda przez Park Narodowy, w dzień często padał deszcz,  ale przynajmniej było komfortowo do jazdy .  Aż wreszcie dojechaliśmy na obrzeża płaskowyżu,  teraz już w dół do doliny.  40kilometrowy zjazd był super! gnaliśmy asfaltówką pośród gęstego,   zielonego buszu, a temperatura wzrastała coraz bardziej, aż doszła do maksymalnej kiedy zjechaliśmy do celu ……

Była już godzina w której czas szukać noclegu.  Ilość śmieci na pobocznych z każdym kilometrem zaczęła drastycznie wzrastać.  smród rozkładających się odpadków był obrzydliwy.  Pewnie niedaleko jest jakaś miejscowość,  idealnie- pomyśleliśmy.  Napewno będzie jakiś tani hostel. Minęliśmy jeszcze górę śmieci  i naszym oczom ukazała się nazwa miejscowości …  KILOMETR 88 !!! To był jeden z tych nielicznych momentów w czasie wyprawy, gdy poczuliśmy strach!!  dookoła pełno dziwnych typów na skuterach,  śmieciarki,  syf  i brud.  Ludzie,  w większości czarnoskórzy obwieszeni złotem wyglądali jakby dopiero co wypuszczeni zostali  z więzienia. Przepite od alkoholu oczy wodziły za nami,  zachrypnięte głosy coś wołały.  Roznegliżowane kobiety wyglądały jak prostytutki… i pewnie nimi były.  Naprawdę,  wizualnie miasteczko niezbyt przyjazne.

 

,,Spierdzielamy stąd! ” – zgodnie postanowiliśmy  i czym prędzej sił w nogach uciekliśmy dalej. Lecz w następnej miejscowości nie było lepiej…  Las Claritas …  jeszcze gorzej.  Zatrzymaliśmy się przy jednym z barów na uboczu żeby ochłonąć.  Przysiadł się do nas właściciel, który stwierdził że nie mamy się czego bać,  tu jest bezpiecznie 🙂  OHO….  marzę, żeby rozbić namiot na uboczu 🙂

Nie zostało nam nic innego jak zaszyć się w jakimś hostelu.  Jak na złość wszystkie były pełne oprócz jednego…  domu publicznego!! …  30zl za  noc w największej dziurze w  jakiej  w życiu spaliśmy!!  malutkie pomieszczenie,  pościel  z długimi czarnymi włosami na poduszce (raczej nie moje),  warcząca klimatyzacja…  Stwierdziliśmy zgodnie,  jeśli wydostaniemy się stąd ze wszystkimi rzeczami to już nic nie będzie dla nas groźne.  I tak też było,  rano ewakuacja 🙂

Chociaż na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało jak scena z filmu kryminalnego to w rzeczywistości nie było tak źle.  Ludzie bardzo kontaktowi,  ciekawi nas i naszej wyprawy,  uśmiechnięci i pełni energii.  Rano cofnęliśmy się jeszcze do miejscowości po bułki z piekarni i w drogę… jeszcze głębiej Wenezueli.

 

p2250104.jpg

namiotnaszdom1

CZEŚĆ! Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży. W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

3 komentarze

  1. Wojciech Zalewski napisał(a):

    Spotkalismy sie w Belmont na Festiwalu, krajanin z Bydgoszczy. Dostalem Wasz e-mail. Z zapartym tchem czytam. Gratuluje i podziwiam. Bardzo sie ciesze z naszego spotkania. Mam nadzieje, ze dotarliscie szczesliwie do domu. Pozdrawiam, Wojciech

    • namiotnaszdom1 napisał(a):

      Witam serdecznie! Fajnie tak przypadkiem na ,,końcu świata” poznać rodaka i to jeszcze z tego samego miasta! przyjemności i do zobaczenia- bo jak sie okazuje, świat jest bardzo mały 🙂

  1. 10 lutego 2017

    […] <CZYTAJ DALEJ> […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *