Podróż pociągiem w najniższej klasie

Myanmar to wyjątkowy kraj, pełen magii i naturalności, niestety ważność wizy zaczyna tykać coraz głośniej  oznaczając jej nieubłagalny koniec… Gdy dojeżdżamy do Yangon po raz drugi, postanawiamy wspomóc sie nieco innym srodkiem transportu, czyli koleją. W tych rejonach pociągi nie można zakwalifikować po względem klasy i szybkości do francuskich tegeve, nawet nasze polskie osobówki to luksus, ale jedno jest pewne,  przejażdżka taką koleją to nie lada atrakcja, tym bardziej, że pokusiliśmy się na najniższą czwartą klasę czyli hulaj dusza. Dojeżdżamy na stację i już na początek sprzedawcy biletów nie wiedza co z nami zrobić….obcokrajowcy? rowery? Pada masa pytań, telefonów do obsługi dworca, rozmawia także z nami policja. Ale po czasie udaje nam się kupić bilety.

Dodatkowo okazuje się, że przed przyjazdem wbija mi się w oponę gigantycznych rozmiarów gwóźdź powodując mega kapcia… Myanmarczycy to bardzo pomocny naród i nagle niewiadomo skąd pojawia się wokół nas grupka mężczyzn oferująca chęć pomocy. Jeden sprawdza oponę w poszukiwaniu kolców, drugi świeci latarką, żeby czegoś nie przegapić, trzeci w tym czasie przybiega z pompką i po naprawieniu bierze się za pompowanie, a inni pochyleni nad całą akcja obserwują z zainteresowaniem.

Po paru godzinach oczekiwania  podjeżdża pociąg. Jeden z miejscowych ostrzega nas, że mamy  tylko  3 minuty na wsadzenie wszystkiego, przepchanie się przez zawalony przedział oraz odnalezienia  naszego miejsca, które było oczywiście oznaczone w języku lokalnym, bo pociąg na nikogo nie czeka, po prostu odjeżdża nie ważne czy wszyscy wsiedli czy nie. Był to jedna z najtrudniejszych momentów i tylko dzięki  chłopaczkom  udało nam się usiąść spokojnie na miejscu. Byliśmy jedynymi turystami i ludźmi o białym kolorze skory pewnie w całym pociągu, a tym bardziej w najniższej klasie! Trasa z Yangon do miejscowości Mulmejn oddalonej o 200km trwała … 7godzin!! Chociaż mimo zawalonego na maxa pociągu , chłodu, twardych drewnianych siedzeń, sikających i wymiotujących dzieci, ludzi śpiących pod siedzeniami, worów spadających na głowy i dwóch rowerów zagracających wejście do WC to i tak najgorsza niedogodnością było bujanie, huśtanie i podskakiwanie. Raz po raz nachodził moment, gdy wagony zaczęły podskakiwać w rytmiczny sposób jak na trampolinie. Ludzie skakali na siedzeniach w komiczny sposób, a bagaże spadały z półek na głowy. Przez całą noc nie było mowy o śnie, bo gdy tylko oko się zamknęło, przedział zaczął skakać wyrywając człowieka ze snu…

Jedyne do czego nie można było się przyczepić to brak jedzenia. Panie z tacami na głowach serwowały co dusza zapragnie. Kukurydza gotowana, słodkości, garnki z zupami i kurczakami w curry z ryżem, sałatki robione w 10sekund przy kliencie, kawy, herbaty, różne różniste alkohole. Po prostu full wypas. Ja ledwo co szłam w tak rozbujanym pociągu do wc, a one z tacami na głowach swobodnie chodziły korytarzem.

Długo zastanawiałam się, czy skorzystać z pociągowego kibelka, ale gdy zawartość pęcherza dawała o sobie znać przemogłam się i…ruszyłam na spotkanie oko-nos z tym co pewnie tam zastanę. A tu niespodzianka, doznałam szoku…Pozytywnego szoku. Czyściutko, woda z kranikiem i miseczką do spłukania, zlew z mydełkiem:-)
Podsumowując…nasze PKP musi sie jeszcze wiele nauczyć.

 

 

namiotnaszdom1

CZEŚĆ! Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży. W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *