Park Narodowy Tayrona – w poszukiwaniu kolumbijskiego raju

image

I właśnie tego nia, właśnie w tej chwili kolor który zobaczyliśmy olśnił nas do tego stopnia, że jeszcze przez dłuższy czas szczęki były w pozycji ,, na karpia,,  Morze Karaibskie!!d Już wcześniej będąc w Wenezueli korzystaliśmy z kąpieli wodnych w krystalicznym morzu, ale to właśnie morze po stronie Kolumbii zauroczyło mnie na maxa swoim kolorem, który był tak intensywny jakby ktoś wrzucił lazurowy barwnik do błyszczącej przejrzystej wody.
Dojechaliśmy do miejscowości Rioacha bardzo przyjemne miejsce, jednak ceny z wiadomego powodu podskoczyły trochę do góry. Postanawiamy zostać tu na noc i oddalamy się od morza bardziej w głąb miejscowości , gdzie ceny za hostel są już dla miejscowych, a nie dla turystów nad brzegiem. Robimy małe zakupy i jak typowy Polak bierzemy wałówkę, swoje piwka i śmigamy zrelaksować się na plaży. Woda w morzu ma chyba ze 30*c!! Wchodząc mam wrażenie jakbym korzystała z kąpieli w wannie z gorącą wodą… uff chyba lepiej wrócić do klimatyzowanego pokoju z klimą 🙂

 

KOŃCZY SIĘ SKALA…

Temperatura powietrza nie rozpieszcza … to znaczy rozpieszcza termometr do tego stopnia że kończy się skala!! Jedyny plus jest taki, że skręcając na zachód dotychczasowy wiatr wiejący nam prosto w twarz, zaczyna wiać w plecy. W regionie La Guajira od roku nie spadła ani kropla wody. Widzimy ludzi transportujących baniaki z wodą  na swoich wątłych ramionach. Sucha na wiór ziemia nie daje pożywienia zwierzętom, a gdy nie ma zwierząt, nie ma i jedzenia dla ludzi ani mięsa, które można sprzedać na targu. Wyschnięte resztki wody w zbiornikach odkrywają miliony zdechłych ryb , które już z daleka odrzucają swoim smrodem, dookoła aż roi się śmieci, które przez lata gromadzimy się na dnie pod wodą.

Park Narodowy Flamingów

Jedne z turystycznych miejsc, które warto odwiedzić…ale tylko w porze deszczowej. wcześniej oglądaliśmy przepiękne zdjęcia laguny w której taplały się setki różowych flamingów. Gdy dotarliśmy na miejsce po lagunie zostało tylko wyschnięty plac i smród zgniłych ryb, a flamingi odleciały parę miesięcy temu w poszukiwaniu wody. Ale za to plaża w pobliskiej miejscowości Camarrones jest wyjątkowo urodziwa, a ludzie chyba najmilsi na całym wybrzeżu. Już na dzień dobry jeden z mieszkańców częstuje nas pyszną kawą. Turystów tu jak na lekarstwo, wiec na nasz widok wszyscy podnieśli się z krzeseł i co rusz któryś z właścicieli barów z najpiękniejszym uśmiechem na twarzy zaprasza na zupę rybna, a dzieci krążą dookoła prezentując swoje swiecidełka. My potrzebujemy  tylko spokoju,  upał wyssał z nas całą energię, więc całe  południe  spędzamy bujając się w hamakach i popijając zimne napoje. W tym rejonie Kolumbii na każdym kroku za grosze można kupić kawał lodu,   więc dla ochłody robimy sobie zimne soki kupując napoje w proszku i mieszając je z wodą i lodem.  Uff w taki upał wszystko co zimne wchodzi z apetytem

image

image

image

image

image

POD GÓRKĘ

Z kilometra na kilometr płaska jak stół wietrzna trasa zaczyna się delikatnie fałdować, zmieniając się w niewielki  krajobraz na górski. Widoki wręcz bajeczne, piękna słoneczna pogoda ( jak co dzień 🙂 i przepięknie mieniący się lazurowy kolor morza.
image
image

image

Na horyzoncie pomiędzy chmurami wylania się szczyt masywu górskiego Sierra Nevada de Santa Marta , który jest  najwyższym przybrzeżnym masywem górskim świata z najwyższym szczytem Cristobal Colon o wysokości 5775 m n.p. m. I to w odległości zaledwie 40 km od brzegów Morza Karaibskiego. Dolne partie pokryte są tropikalnym lasem, który później przechodzi w tereny pustynne. Owe góry zamieszkują indianie, których często widzimy na trasie. Ubrani od góry do dołu w białe szaty, przewieszona przez ramię tobą i brak obuwia ( żeby mieć cały czas styczność z Matką Naturą )  od razu rzucają się w oczy i wyróżniają  wśród mieszkańców żyjących na wybrzeżu.  Indianie Kogui w czasach konkwisty przenieśli się w wyższe partie gór i utrzymali swą kulturę prawie nietknięta przez naszą. W górach odnaleziono ruiny o znacznej powierzchni to tzw Ciudad Perdida czyli Zaginione Miasto. Niestety rzeczywistość ich otaczająca wkracza z butami coraz bardziej w ich prywatność… np słynne masowe wycieczki do tzw Zaginionego Miasta,  które można kupić na każdym rogu w Santa Marta.

image

image

image

Niedaleko miejscowości Santa Marta znajduje się inna turystyczna perełka Park Narodowy Tayrona. Miejsce zapewne warte odwiedzenia, pełne bajecznych plaż i  pięknych zachodów słońca. Już z daleka przejeżdżając obok bramy wjazdowej widzimy długą kolejkę do kasy…tak tak, żeby wejść na plażę trzeba zapłacić to nie mało bo aż 70 zł  za osobę plus nocleg. Z relacji turystów noc na polu namiotowym kosztuje około 80zl za namiot 2 osobowy.  Płacić za wstęp na plażę?? Dziękujemy
Tym bardziej,  że wybrzeżu Kolumbii fajnych i dyskretnych plaż na  odpoczynek i  nocleg  nie brakuje, a jadąc rowerem zawsze można zboczyć z głównej trasy i  znaleźć naprawdę bajeczne miejsca np. w okolicach miejscowości Buritaca i Palomino, bez turystów i kolumbjskich gapiów. Odizolowani od hałasu  oddajemy się relaksowi obserwując rybaków wypływających na swoich prymitywnych łodziach co wieczór na połowy.

image

image

image

image

image

Przed Santa Marta poznajemy grupę kolarzy,  którzy nie puszczają nas dalej bez pożywnego obiadku i zimnego piwka dla ochłody w ten upalny dzień. Fajni ludzie pełni życia, energii i otwarci na  nowe znajomości.  Spędziliśmy naprawdę super parę godzin śmiejąc się i gadają jakbyśmy znali się od lat. Kocham ten  Kolumbijski temperament . Wszyscy razem jedziemy do miasta tworząc całkiem pokaźny peleton 🙂 mimo ciężkich rowerów dotrzymujemy tempa kolarzom, nawet pod górkę 🙂

image

image

W Santa Marta spędzamy noc u znajomego rowerzysty. Miasto typowo turystyczne coś w rodzaju Kolumbijskiego Kołobrzegu lub Mielna, takie typowe miasto nadmorskie, gdzie można udać się na wakacje, poleżeć na plaży i poimprezować. Nad samym wybrzeżem wybudowano długi bulwar, gdzie można skryć się w cieniu drzew (lub palm) oraz kupić wszystko od miejscowych sprzedawców  z mobilnymi sklepikami na wózkach. Trudno odgonić się od naciągaczy, którzy  zaczepiają cię średnio co 10 sekund. Mimo, ze jesteśmy w Kolumbii dreptak jest bardzo ładny i zadbany, są tam nawet śmietniki, co jest rzadkością w Ameryce Południowej. Plaża za to tragedia, wąska , zatłoczona, woda śmierdząca od pobliskiego szamba spływającego z miasta, ale chętnych do kąpieli nie brakuje 🙂
image

Ku naszemu zadowoleniu wiatr jak wiał tak wieje i to w plecy.  W szybkim tempie docieramy do Bucaramanga robiąc w ten dzień  około 130km.  Po drodze mijamy wyschięte wioski rybackie. Smród zdechłych ryb, zgniłych szmat i syf jest nie do opisania! Wśród tego wysypiska śmieci żyją ludzie, chodzący po tym wszystkim na bosaka. Mimo, ze widziałam wiele miejsc w których ludzie żyją w skrajnej biedzie, to ten widok był jednym z najbardziej przerażających.  Susza w tym roku dała się we znaki do tego stopnia, że w wielu miejscach w Kolumbii racjonowana jest woda. Dookoła pustynny busz, susza,  większość terenów to namorzyny a plaża otoczona jest wysuszoną ciernistą roślinnością

image

image

Mijamy chłopców wracających że szkoły na rowerach. jeden z nich uparł się , żeby mnie dogonić i z jęzorem na wierzchu udało mu się. Zdyszany ale szczęśliwy w nagrodę dostał zimna wodę do picia. Był tak spragniony , ze wypił cały bidon 🙂

image

 

BŁĄD!

Dotychczas wszystko szlo gładko, jednak dobra  passa nie trwa wiecznie… robimy mega duży błąd i o godzinie 17 wjeżdżamy do  dużego miasta – Baranquilla
image

Koleżanka Kasia ostrzegała nas,  że miasto okropne,  ludzie beznadziejni i w ogóle nie ma po co tam wjeżdżać, ale szczęście nam towarzyszyło od dawna,  więc pewni siebie uderzyliśmy do księdza.  Czekaliśmy zrelaksowani na koniec mszy nie spodziewając się,  że to będzie długa noc.  Ksiądz stwierdził,  że mieszka  daleko,  w kościele raczej spać nie możemy,  ale na przeciwko jest duży komisariat policji.  Poszliśmy  wiec razem.  Policjant wyższej rangi stwierdził  niestety,  że w budynku spać nie możemy,  ale przed budynkiem na chodniku pomiędzy masą motocykli,  spacerujących ludzi po parkingu możemy rozbić namiot….yyyyy
Podziękowaliśmy i pojechaliśmy do następnego kościoła.  Dość ekskluzywna parafia,  dużo miejsca na chociażby rozbicie namiotu,  ale jeden z ministrantów stwierdził,  że ksiądz śpi (godz. 19.30),  a bez jego zgody nic nie może.  Z bólem w sercu,  przez kolejne 2godziny jeździliśmy po mieście po ciemku szukając jakiejś bezpiecznej przystani, hostelu albo innego miejsca gdzie będziemy mogli spędzić noc. Przyzwyczajona,  że zawsze ktoś nam pomagał w problemie,  nie wierzyłam, ze każdy traktował nas jak problem i odsyłał dalej i dalej i dalej.   Nerwy zaczęły puszczać,  zrezygnowani o 23 siedzieliśmy i nie wiedzieliśmy co robić.  w końcu przygarnął nas ochroniarz szkoły i pozwolił przenocować w jednej z klas. Jedynym warunkiem było to,  że musimy  się zwinąć o godz.  4.30 bo inaczej będzie miał przekichane.
image

Rano nieprzytomni ze zmęczenia pakujemy manatki i zwijamy się ze szkoły strasznie wdzięczni ochroniarzowi za pomoc. Na zewnątrz ciemno,  siadamy wiec przed kościołem czekając na wschód słońca.  Mimo tak wczesnej pory kuchnia uliczna działa już pełną parą.  Kawka na rozbudzenie i świeży emapnadas wchodzą jak nigdy :-). Postanawiamy dać miastu jeszcze jedna szanse i szukamy jakiegoś taniego hostelu w innych rejonach miasta, gdzie byśmy mogli odespać noc… Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu przez parę godzin nie znajdujemy nic!!! Jeden właściciel hostelu widząc nasz kolor skóry, doliczył tzw. Gringowe i cena za zwykły pokoik podskoczyła do niezłej sumki. Teraz już byliśmy przekonania w 100%.  Trzeba jak najszybciej uciec z tego okropnego miasta licząc,  że może w następnej miejscowości odpoczniemy. Parę kilometrów dalej z ,, zapałkami w oczach,, docieramy do  Puerto Colombia. To typowe miejsce turystyczne  dla bogatych. Na pytanie, gdzie możemy znaleźć jakiś tani hostel dla miejscowych kobieta odpowiada  z ironią  ,,  wy Amerykanie macie dużo pieniędzy,  dla was  są wille nad brzegiem morza,  a nie miejscówki dla miejscowych ” …  zagotowałam się…

No cóż,  interesów z kolumbijczykami nad wybrzeżem nie zrobimy,  zmywamy się , a za  miastem łapiemy  stopa.  Niezwykle miły i sympatyczny kierowca podrzuca  nas aż do Cartageny 🙂

image

 

namiotnaszdom1

CZEŚĆ! Nazywamy się Daria i Marcin i oprócz łączącego nas małżeństwa mamy wspólną miłość do podróży. W 2013 roku postanowiliśmy zmienić nasze życie, więc wsiedliśmy na rowery i wspólnie zwiedzamy świat w naszej niekończącej się wyprawie, która trwa do dziś

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. Krzysiek napisał(a):

    A nie mogliście rozbić namiotu na plaży?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *